Wydawca: Season of Mist


Zawartość tej płyty nastroiła mnie do bajkopisarstwa i oto jak wyobrażam sobie jej powstanie:


W jednym z barów gdzieś w Ameryce siedzi dwóch podpitych jegomości. Okazuje się, że są to byli członkowie bandu Roba Zombiego. Napici już dość poważnie użalają się nad sobą, Rob wyrzucił ich z kapeli za pijaństwo i ćpanie, ale oni są niespełnieni artystycznie, myślą nad nowym projektem, w którym będą mogli się realizować bez oglądania się na gwiazdora Roba. Drzwi baru otwierają się już nad ranem z hukiem i wchodzi kolejnych dwóch typów – okazuje się, że są to byli członkowie kapeli Static –X, którzy zrezygnowali, bo tworzona przez ten zespół muzyka stała się zbyt pedalska, a oni chcieli grać metal. W knajpie było ich tylko czterech, więc siedli przy jednym stoliku i pijąc trunki wyskokowe w dużych ilościach zaczęli dyskutować nad przyszłością muzyki ekstremalnej. Doszli do wniosku, że wszystko to gówno i należy na nowo zdefiniować pojęcie „ekstremalny”! Postanowili założyć wspólny, projekt za pośrednictwem którego przekażą światu swoje przesłanie. Ale brakowało im wokalisty! Burza mózgów podsunęła kilka pomysłów: Corpsegrinder – za brzydki, Marilyn Manson – za przystojny, jeden angol Barney – kto to? I tak dalej i tak dalej. W końcu okazało się, że jeden ma numer do niejakiego Vincenta, który udzielał się, bądź udziela nadal (nie doszli do porozumienia), w Genitorturers – ponoć na basie, ale ktoś zapodał plotę, że ponoć darł mordę kiedyś w jakiejś kapeli, ale nikt nie mógł sobie przypomnieć nazwy. Jednak z barku innych opcji postanowili zadzwonić. Zanim jednak to nastąpiło rozgorzała dyskusja nad jego orientacją seksualną – jedni byli ostro wkurwieni, a inni wręcz przeciwnie. Vincent telefon odebrał i zgodził się podrzeć ryja w tym nowym projekcie. Na dzień następny ponownie spotkali się w barze – tym razem już cała piątka – i zaczęli debatować nad nazwą. Padły pomysły typu: Industrial Anal Lactation, Penis Tormentor czy Vaginal Hater. Niestety, ponownie nie mogli dojść do porozumienia, aż padła idea rzucona przez Vincenta: Nazwijmy się: Morbid Angel! – „Była kiedyś taka kapela, grali zajebiście nawet miałem tam swój epizod przez jakiś czas, teraz już nie istnieją zdaje się więc możemy użyć ich nazwy, a jak by się wkurwiali to z nimi pogadam!” Wszyscy się zgodzili…

A teraz na poważnie:


Ocena:


Jeśli myśleć o tej płycie jak o projekcie nie związanym z Morbidami to całkiem ok. Spokojne 8/10 bo to ciekawa płyta.
Ale jeśli chodzi o płytę Morbid Angel to rozczarowanie – 3/10. – Po Morbidach spodziewam się Morbidów a nie industrialu i rapu kurwa! Najgorszy Morbid Angel i tyle! Z trzy numery mogą, chociaż trochę kojarzyć się z przeszłością zespołu, dlatego trója.

Tracklist:

1. Omni Potens
2. Too Extreme!
3. Existo Vulgoré
4. Blades for Baal
5. I Am Morbid
6. 10 More Dead
7. Destructos Vs. the Earth / Attack
8. Nevermore
9. Beauty Meets Beast
10. Radikult
11. Profundis – Mea Culpa
Pathologist
1173 tekstów

Massteron „Second in the Spheres”Recenzje

Massteron „Second in the Spheres”

OracleOracle14 września 2026
Nargaroth „Apocalyptic Steel”Recenzje

Nargaroth „Apocalyptic Steel”

PathologistPathologist12 września 2026
Tyrant Wrath „Dödsdans”Recenzje

Tyrant Wrath „Dödsdans”

OracleOracle11 września 2026

3 komentarze

  • Hrabia Rodshjild pisze:

    Mam pytanie recenzenta, co jest w 20011 roku ciekawego w łączniu metalu z elektroniką ( z tej strony jest to ciekawa o
    płyta?)? Ta płyta jest ułomna pod każdym względem , w zestawieniu z przeszłością MA, jak i do teraźniejszości i szeroko pojętej muzyki metalowej wnosi ona tyle ile wnosił żyd do komory gazowej.

  • the_true_gogo666 pisze:

    Witam twardogłowi. A ja uwielbiam ich wszystkie albumy i ten jest miłym zaskoczeniem po słabiutkim, zwłaszcza produkcyjnie Heretic. Najsłabszy nr tej płyty to wyeksploatowany Nevermore. Wszak Vincenta z trudem trawie. Z jednej stroni gani się Vader za odcinanie kuponów z drugiej beszta za odważną płytę Morbid Angel. Nie przebija może Formulas, który jest najlepszym albumem jaki nagrali, ale daje radę.Trey sam kiedyś powiedział, że jest największym freekiem na Ziemi i to prawda.Zaje?ta płyta. Trey kolejny raz wsadził kij w mrowisko ? i bardzo dobrze.Na pohybel miłośnikom old schoolu po grób! Się nie podoba to nie słuchać a nie pisać coś na necie jakby wam ktoś matkę wy..ał. Robicie z siebie debili i nic więcej. No ale jak ktoś uwielbia czystość gatunkową i dzieli muzykę na metalową i ch..ową no to sorki. Sp?ać do pokoju słuchać Altars of Madness. A ja idę się rozkoszować Illud Divinum Insanus. A posłuchajcie sobie nowego Hate Eternal oraz Nader Sadek ? dobre albumy, nawet wam się powinny spodobać.
    Miłego dnia.

  • Oracle pisze:

    Witaj Open – Minded. Po pierwsze, nie stosuj autocenzury, bo nie wygląda to dobrze i jeszcze będzie, że to my cenzurujemy. Jeśli ktoś ma pisać „wyjebał” to niech pisze „wyjebał”, a nie „wy…ał”. Chyba, że nie lubi tego słowa, to niech napisze, że „doprowadził do obcowania płciowego”. Analogicznie sprawy się mają w przypadku słów „zajebisty”, które jest tak oklepane, że za niedługo będzie używane w głównym wydaniu „Faktów”.
    Po drugie, gdyby nie old school nie byłoby new school’u. Bezapelacyjnie. Albo to new school byłby old schoolem – ot, paradoks. I na marginesie – nie lada odwagę trzeba mieć, by w wirtualnej przestrzeni używać sformułowań „Na pohybel miłośnikom old schoolu po grób!”. Polecam zrobić to samo podczas nadchodzącego Metal Hammer Festu – niby to samo zdanie, lecz przeżycia i doznania cielesne mogą być zgoła inne.
    Po trzecie, muzycy robią i mówią różne rzeczy, Trey może sobie mówić, że jest największym freakiem na Ziemi, dla mnie większym freakiem był np mój kolega, który sobie wytatuował na udzie ufoludka, by móc sobie z nim rozmawiać, gdy nikogo nie ma akurat w pobliżu.
    Po czwarte, w recenzji jest napisane jak wół, że nie jest to zła płyta, lecz nie powinna zostać podpisana marką Morbid Angel. W naszym ograniczonym pojmowaniu świata, my – Tfu-rcy Chaos Vault (odpowiadam teraz za autora recenzji, który szczęśliwie przebywa na wakacjach), stoimy na stanowisku, że nawet zmiany powinny mieć granice. Muzykę dzielimy na dobrą i kiepską. „Heretic”, pomimo, że był albumem stricte metalowym, przeze mnie na przykłąd oceniany jest bardzo nisko. Poprzedzający go „Gateways To Annihilation”, pomimo, iż daleki od old schoolowego „Altars Of Madness” – wręcz przeciwnie, bardzo wysoko. Osobiście również twierdzę, że płyta na „i” ma dobre fragmenty, ale ma też masę tragicznych. I nie oceniam tego jako internetowy recenzent, tylko jako fan Morbid Angel. Numery jak „Radikult” czy „Too Extreme” nie wnoszą niczego nowego do muzyki metalowej, bo to już było – co gorsza u kapel, które wśród swoich inspiracji podają właśnie Trey’a & co. Czyżby uczniowie prześcignęli mistrzów? Kopiowanie riffów od Michael’a Jacksona również nie przynosi zespołowi chwały (” Existo Vulgoré” kojarzyć się może z „Smooth Criminal” w/w – czyż znalibyśmy ten kawałek, gdybyśmy mieli odruchy wymiotne na sam dźwięk innej muzyki niż metalowa?). Morbid Angel w poszukiwaniu nowych fanów zawiodło zapewne starych i nikt tego nie zmieni. Osobiście uważam, że jeśli zespół ten miałby w planach dalsze eksperymenty, to – by nie szargać dobrego imienia – powinien założyć sobie side project i po sprawie. Albo się rozwiązać. Wspomniany natomiast Vader – cóż, Peter nie ukrywał nigdy, iż demokracja w zespole to nie jego domena, niestety przez to powiela on często dosłownie wcześniejsze albumy. Mniej więcej od „Revelation” proponuje poprawne wariacje na temat wcześniejszych krążków. A co lepsze – w zestawieniu „I…” vs. „Necropolis” zdecydowanie wolę ten pierwszy album. Bo jest dobry, ale nie kojarzy się w ogóle z Morbid Angel, zaś „Necropolis” kojarzy się aż nadto z Vader. Zawiłe? Bo muzykę odbiera się indywidualnie i indywidualnie pisze recenzje.
    A ze swej strony polecam Mord’A’Stigmata – płyta pojebana, eklektyczna, a nawet takiemu zasranemu oldschoolowcowi jak mnie się podoba.
    Miłego dnia również.

Skomentuj