Wydawca: Caligari Records
Trzeba przyznać, że Caligari wydaje ostatnio całkiem w pytę materiały. Mają oni nosa do wynajdywania zespołów zakopanych gdzieś głęboko pod ziemią z potencjałem czekającym na odkrycie. I do takich zespołów zalicza się właśnie Ritual Laceration.
Żeby była jasność. To nie jest muzyka, którą każdy przytuli od razu. Ba! To nie jest z pewnością muzyka dla większości. Jednak jeśli ktoś lubi ekstremę pod każdą postacią i lubi zdecydowanie hałas na pełnej kurwie, to trafił idealnie. Tak, hałas i jedna harmoniczna ściana dźwięku jaką generują Ci kolesie to dobre określenie na to, co się tutaj wyprawia w tych 12 minutach. Wypadkowa grindcore i noise’u, miesza się tutaj w śmierć metalowej zupie, której stężenie kwasu jest tak wysokie, że aż wypala gardło niemal natychmiast po spożyciu. Cholernie ta muzyka boli i cholernie wkurwia. I taka właśnie ma być. Ma boleć i wbijać się w głowę jak tępe dłuto. Głęboko, aż do rdzenia. Ciekawe jest też to, że miejscami całość potrafi zajechać nawet blackmetalowym punkiem (“Flesh Catharsis”) co sprawia, że “I” nabiera odpowiedniego syfu i chamstwa, a przy tym wręcz harmonicznego prymitywizmu w poukładanym chaosie dźwięków (“Decimation Spear”). Wszystko to powoduje, że Ritual Laceration słucha się naprawdę zajebiście, a krzyki sąsiadów, by ściszyć to “gówno” sprawiają, że potencjometr podbija z automatu głośność o kolejne 10 punktów więcej.
Więc krótko: jest konkretnie. Jest wpierdol, jest krew, jest mięso. I jeśli chcesz zagłuszyć swoją starą, bo znowuż wróciłeś nachlany po spotkaniu z kumplami, to Ritual Laceration w tym ci pomoże.
Ocena: 8/10
Tracklista:
01. Perdition Absolution
02. Decimation Spear
03. Garrote
04. Flesh Catharsis
05. Claws
06. Biocide Sect




