Wydawca: Deformeathing Records
Nowa grindowa kapela wyrosła nam na ziemi między Odrą a Bugiem. A konkretnie to bardzo blisko Bugu, bo w Chełmie. Nic dziwnego, że wyrosła, bo sporo u nas nawozu. Więc sprawdźmy.
Mowa o Straight Hate i ich krążku „Every Scum is a Straight Arrow” – dwudziestopięciominutowej napierdalance napędzanej przez ludzi związanych swego czasu na przykład z Parricide czy Ape to God (a w przypadku Wizuna, który nakurwia tu w garczki to lista źródeł dochodu jest dłuższa niż lista przywilejów kościoła katolickiego w Polsce). No i jak się mi tego słucha? A wybornie powiem Wam, naprawdę wybornie – kapela mieli aż kości pękają, ścięgna się zrywają, a chrzęści chrzęszczą. Chwilami mamy tu klasyczne grindowe umpa umpa, takie bardziej skoczne, rytmiczne nakurwianie, a czasem mamy jazdę do przodu na złamanie karku. W paru momentach łapią chłopaki oddech (albo jakieś wyjątkowo trudne mięsko do zmielenia wpada w maszynkę), więc Straight Hate zwalnia tempo. Co do wokalu – jest ok, nie ma cały czas świniaków, choć i te zdarzają się czasem – przede wszystkim mamy tu wkurwiony wrzask. Numery nie są długie, jak to w grindcorze zazwyczaj – zamykają się między minutą a dwoma minutami. I bardzo dobrze, bo moim zdaniem to najlepszy timing dla numeru w tym stylu. Potęguje to jeszcze bardziej agresję i wkurwienie w przesłaniu. A że całość trwa jak napisałem na początku niewiele ponad dwadzieścia pięć minut to chyba sami domyślacie się, jak intensywnie musi tu być.
Dużo przeklinałem i często mówiłem brzydko w tej recenzji, ale uważam, że przymiotnik „wkurwiony” doskonale oddaje charakter tego albumu. Więc zanim polecicie naskarżyć na mnie do pani, zapamiętajcie, że Straight Hate warto kupić.
Ocena: 8/10
Tracklist:




