Mam trochę problem z Nuclear Holocaust, bo tytuł, anturaż i tak dalej wskazywało, że będę miał do czynienia z aktem pokroju Children of Technology na przykład. A nie do końca tak jest.
Bo to co dostajemy na „Mutant Inferno” to rzeczywiście ma w sobie wiele punk/metalowego pierdolnięcia, ale do tego ma jeszcze sporo death/grindowych elementów. Nawet nie wiem czy nie więcej, niż rzeczonego metal/punku. Motoryka i tempo pasują pod pierwszy gatunek, ciężar, brzmienie i wokale – pod drugi. Trzeba więc iść na kompromis i napisać, że Nuclear Holocaust to po prostu thrash/death/grindowa łupanina z korzeniami zapuszczonymi w punkowej prostocie (zresztą, tam gdzie rzeczywiście grind ma korzenie). Przy takim opisie jesteśmy w domu, to znaczy w tym co z niego pozostało po przejściu siły uderzeniowej. A ta na „Mutant Inferno” jest rzeczywiście nie mała. Świdniczanie zapierdalają jak babki, gdy w Lidlu rzucą torebki w śmiesznej cenie i w sumie atmosfera jest podobna – agresja, przemoc, szybkość. Cała akcja też trwa podobnie – piętnaście minut i po sprawie. Nie mogę powiedzieć, że jest to coś oryginalnego, ale nie powinno to nikogo dziwić. Ponoć za niecały miesiąc będzie mi dane przekonać się, jak ta muzyka prezentuje się w zderzeniu z publicznością – twórczość tego sortu powinna się bronić w chuj fajnie. Więc zobaczymy. Póki co, z demówki jest całkiem fajnie.
A na koniec suchar: jak skończy się ostatni odcinek „Klanu”: Spójrz, Maciuś, jaki wielki grzyb na nieb…
Ocena: 7/10
Tracklist:




