Wydawca: Thrashing Madness Productions
Jakoś nazwa Roadhog do tej pory nie wpadła mi w ucho ani w oko. Ale od czego się ma kolegów, zwłaszcza kolegów wydawców, którzy różne rzeczy wyławiają a potem podsyłają.
Stąd też koniec końców „Dreamstealer”, czyli debiut młodych Krakowiaków, wpadł w mój odtwarzacz. Po okładce (Jerzy Kurczak, proszę państwa!) i tytule już mniej więcej możecie się domyśleć, czym poczęstuje Was Roadhog. Mianowicie, ośmioma heavy metalowymi utworami. Wiadomo, że Polska to nie jest kraj przychylny heavy metalowcom (z pewnymi wyjątkami), że u nas to raczej Czerń lub Śmierć. I chyba niestety jeden Roadhog tego nie zmieni. I nie chodzi nawet o to, że ta płyta nie jest dobra. Jest – powiedzmy – solidna i słuchalna. Słychać olbrzymie inspiracje heavy metalem z lat osiemdziesiątych, różnymi Stormwitch’ami, Ironami, Exciterami, Grave Diggerami i tak dalej. Tyle, że brakuje mi w niej pazura, brzmi dość gładko – w sumie wchodzi jak cukierek, po którym po chwili nie ma śladu. Te numery są oczywiście poprawne, ale na przykład w zderzeniu z bonusowymi kawałkami zaczerpniętymi z demówki słychać, że bardziej surowe brzmienie zrobiłoby zespołowi lepiej – muzyka zyskałaby na zadziorności, energii. Trzech ostatnich numerów słucha mi się zdecydowanie lepiej i nic na to nie poradzę. Do minusów muszę jeszcze dorzucić jeden, ale bardzo ważny – angielski wokalisty kuleje, akcent jest wprost tragiczny. Uważam, że gość, który stoi w Roadhog za mikrofonem powinien wziąć kilka solidnych lekcji i jakiegoś native speakera (albo native speakerki jeśli woli), bo tak nie może być. Jest potencjał, tylko pod warunkiem, że Krakowianie nie rozmiękczą swojej muzyki i porządnie ją przyprawią (czytaj: ma być surowo i ostro).
Jak na debiut jest przyzwoicie, ale nie mogę powiedzieć, że klęczę albo że jestem pod olbrzymim wrażeniem. Możecie sprawdzić, jeśli w sercu gra Wam heavy metal – tylko i wyłącznie.
Ocena: 6/10
Tracklist:




