
Hekatomb od początku pozostaje gdzieś na uboczu głównego nurtu, konsekwentnie robiąc wszystko po swojemu i bez większej potrzeby wychodzenia do szerszej publiczności. Od opowieści o sektach i masowych samobójstwach po samotność, śmierć i bezlitosną siłę natury.
W: Przyznam z ręką na sercu, że do tego wywiadu zbierałem się ponad rok. Człowiek chciał zagadać, ale się wstydził. Jednak niedawno ukazało się Wasze nowe wydawnictwo, więc chyba wypadałoby zamienić parę słów? Zacznijmy więc dość standardowo…
Hekatomb działa trochę na uboczu sceny, ale każdy materiał zostawia po sobie mocny ślad. Jak wygląda obecnie życie zespołu (jeśli w ogóle chcecie być nazywani zespołem) i gdzie znajduje się projekt po wydaniu Apokrypha Archives vol. 1 & 2?
Hekatomb jest jak najbardziej zespołem ze stałym, niezmiennym od zarania składem, w którym względnie regularnie spotykamy się i działamy. Najważniejszy jest dla nas proces twórczy; każdy jego rozdział ostatecznie i nieodwracalnie zamyka wydanie następnej płyty. Nie jesteśmy więc grupą odtwarzającą już nagrane i wydane utwory na próbach czy na żywo przed publiką (ani szukającą z nią jakiegoś większego kontaktu). Nie stoi za nami żaden label, promotor koncertowy ani agencja PR czy hinduski outsourcing, a sama „promocja” materiałów ogranicza się do w zasadzie niezbędnego minimum. To wszystko pewnie przekłada się w dużej mierze na to, że faktycznie jesteśmy niejako poza głównym obiegiem. Jak widać, nie przeszkadza nam to — z pełną konsekwencją pozostajemy na uboczu i nie robimy za dużo (o ile w ogóle), by to zmienić. Wszelkie formy brylowania pozostawiamy innym.
W tej chwili pracujemy nad kolejnym materiałem. Postępy oceniamy jako obiecujące, ale nic konkretnego więcej na tę chwilę nie zdradzimy, bo sami też nie wiemy jeszcze, gdzie nas poniesie. Pewne jest jednak, że podobnie jak przy poprzednich wydawnictwach dołożymy wszelkich starań, by rezultat spełnił przede wszystkim nasze doń oczekiwania. A jeśli przy okazji znajdą się nieliczni, do których ów materiał dotrze (a kto wie, może i zapadnie w pamięci, przynajmniej na jakiś czas), to tym lepiej — trudno byłoby oczekiwać czegoś więcej.
W: Czy Hekatomb ma w ogóle jakiś z góry ustalony kierunek, czy raczej każda kolejna rzecz wynika z poprzedniej i dopiero po fakcie można zobaczyć, dokąd Was to zaprowadziło?
Od samego początku staraliśmy się nie nadawać naszej muzyce konkretnego celu i nurtu, poza trzymaniem się bardzo szerokiego rdzenia Black Metalu. Jednocześnie — wyłączywszy „Where Cold Winds Blow”, gdzie dość rygorystycznie narzuciliśmy sobie stylistykę, bo tego wymagała założona koncepcja — za każdym razem pozwalamy, żeby rozwijał się samoczynnie, zmieniał się i ewoluował. Wiele naszych utworów w pierwotnym wydaniu zupełnie nie przypominało efektu końcowego. Ale dzięki temu finalnie otrzymujemy efekt, z którego wszyscy jesteśmy zadowoleni.
W: Sami piszecie o Apokrypha Archives jako o momencie zejścia z „głównego szlaku” i eksplorowaniu bardziej swobodnego, eksperymentalnego, ale też zimniejszego i surowszego brzmienia. Co właściwie było tym „głównym szlakiem”, od którego chcieliście zejść? Korosta wydaje się jego naturalnym rozwinięciem poprzednich dokonań, natomiast Apokrypha brzmi jak świadome zakwestionowanie tego, co zbudowaliście wcześniej.
Ten „główny szlak” niejako wytyczył już na demo utwór „Sacrament Inverted”, a ukształtował i ukonstytuował się on na minialbumie „Shade of Life/Light of Death”. W uproszczeniu można go scharakteryzować jako BM oparty na intensywnej, gęstej atmosferze, zamknięty w dłuższych kompozycjach z narracyjną warstwą liryczną, podlany ambientem i balansujący pomiędzy klasyką z lat 90. a nieco współcześniejszym spojrzeniem na gatunek. Ten kierunek okazał się na tyle satysfakcjonujący, że rozwinęliśmy go na kolejnej płycie — „Korosta” to faktycznie, jak mówisz, naturalna kontynuacja poprzedniczki. Zejście z tego szlaku na Apokryfach oznacza jednak nie tyle zakwestionowanie poprzednich dokonań, co, powiedzmy, chwilowe przesunięcie akcentów. Czyli np. jeśli wcześniej fragmenty ambientowe były dopełnieniem utworów, to na AAvol.1 mamy takie całe kompozycje. Za to tam, gdzie wcześniej był wspomniany balans, tak na AAvol.2 w zasadzie wszystko oparte jest na repertuarze Darkthrone z klasycznych płyt, z całym dobrodziejstwem inwentarza, co pozwoliło nam zbliżyć się do rdzenia, jak nie przymierzając, strażakom uwijającym się przy czwartym reaktorze.
Niezależnie jednak, czy mówimy o pierwszej, czy drugiej odsłonie Apokryfów, wciąż daje się w tych utworach uchwycić pewien charakterystyczny dla nas pierwiastek. Sam zresztą zauważyłeś to w swojej recenzji, stwierdzając, że jest to „coś, czego nie spodziewasz się po Hekatomb, a z drugiej strony jest to coś, co Hekatomb mógłby nagrać”.
W: Skąd pomysł na formę dwupłytowego wydawnictwa? Chcieliście przedstawić dwa zupełnie różne światy, tzn. Terminal Devotion i Where Cold Winds Blow? Które będą stanowić dwa całkowicie przeciwne sposoby opowiadania
Na początku nie planowaliśmy wydawać tego wspólnie, rozważaliśmy jedynie podwójną premierę, ale jako osobne wydawnictwa. Opcja połączenia ich we wspólną całość pojawiła się dopiero później, kiedy w pełni wykrystalizowały się oba koncepty. Stało się wówczas jasne, że można zestawić te dwa materiały na zasadzie kontrastu na poziomie muzycznym, jak i zderzenia ze sobą zjawisk, jakimi są śmierć masowa/śmierć w samotności.
W: Na Terminal Devotion black metal momentami niemal znika pod ambientem, industrialem i narracją. Czy traktujecie ten materiał jeszcze jako „metalowy”? Czy etykietowanie przestało mieć dla Was większe znaczenie?
Nie ma to w tym wypadku większego znaczenia. Zresztą współistnienie sceny black metalowej z ambientem i industrialem sięga lat dziewięćdziesiątych i stanowiło już wówczas naturalny element undergroundowego krajobrazu. Artyści wywodzący się z black metalu (jak Mortiis czy Aghast) nagrywali dark ambienty, Fenriz eksplorował kosmos w swoim Neptune Towers, zaś, z drugiej strony, MZ.412 łączył surowy industrial z estetyką BM. Dziś nic się zresztą w tym zakresie nie zmieniło, wystarczy prześledzić sobie twórczość takiego Mikko Aspy, Haralda Mentora czy M. z Mgły. W tym kontekście etykiety gatunkowe od dawna pełnią rolę drugorzędną wobec wspólnej atmosfery i artystycznej intencji.

W: Dlaczego akurat sekty i masowe samobójstwa? Co Was w tych historiach najbardziej fascynuje — sama wiara, mechanizm podporządkowania człowieka, charyzma przywódcy czy moment, w którym grupa traci kontakt z rzeczywistością?
Wybraliśmy przede wszystkim te historie, w których wpływ guru i okoliczności doprowadziły do największej liczby zgonów. Już sama skala tych wydarzeń robi wrażenie i działa na wyobraźnię. Jest w tych historiach gęsta, trupia atmosfera — nie metafora, lecz konkret. Od pewnego momentu całe te wspólnoty wchodzą w powolny, ekstatyczny taniec ze śmiercią. Jej woń unosi się w tle, początkowo ledwie wyczuwalna, z czasem coraz bardziej wszechobecna, aż w końcu staje się ich całym światem. Tę atmosferę staraliśmy się uchwycić.
Oczywiście kwestie, które poruszasz, są nader interesujące. Jakim sposobem słowa jednego człowieka mogą doprowadzić do momentu, w którym kilkaset osób zażywa cyjanek tylko po to, by spełniła się jego wizja? Co musi wydarzyć się między przywódcą a jego wyznawcami, by indywidualna wola stopniowo ustąpiła miejsca wspólnemu celowi? Równie interesujący jest sam początek tego procesu — moment, w którym pozornie zwykła jednostka porzuca dotychczasowe życie i wchodzi w świat stworzony przez charyzmatycznego kaznodzieję. Skąd bierze się głód sensu, przynależności czy duchowości na tyle silny, by powierzyć się komuś, kto proponuje całkowicie własny porządek rzeczy? Może to fakt, że konwencjonalne kościoły to martwe instytucje, pełne ciepłej, bezpłciowej miłości i pustych rytuałów? Może to więc naturalna potrzeba buntu przeciwko zastanemu światu — przeciwko establishmentowi, instytucjom, tradycyjnym autorytetom i całemu systemowi, który okazuje się pusty, martwy albo niewystarczający. W takim ujęciu sekta może stawać się czymś więcej niż tylko wspólnotą religijną. Może być własnym państwem, własnym Kościołem, własnym porządkiem moralnym, a nawet próbą stworzenia rzeczywistości od nowa.
Kwestia obłędu. Przywykliśmy do nazywania szalonymi działań, które nie przystają do narzuconych odgórnie norm, ale w przypadku sekt mamy do czynienia z grupowym przejawem takich zachowań, a to coś więcej niż zwykłe obłąkanie. To próba stworzenia całego kanonu wierzeń i wartości, często kontestującej bezcelową, płytką rzeczywistość. Czy zatem ten tak zwany obłęd w ramionach Śmierci nie oferuje ukojenia, w przeciwieństwie do pozbawionej duchowości szarości życia? Każda radykalna idea staje się atrakcyjna właśnie dlatego, że nie próbuje pogodzić się ze światem takim, jaki jest, lecz chce go całkowicie odrzucić.
I tak dalej. Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał, bowiem za tymi historiami stoją znacznie ciekawsze pytania, na czele z tym, jak daleko człowiek jest gotów pójść, kiedy uwierzy, że po drugiej stronie czeka rzeczywistość lepsza od tej, którą właśnie zostawia za sobą.
W: W przypadku Korosty mieliśmy konkretną postać: Iwana Muraszkę. Na Terminal Devotion pojawia się więcej realnych osób i historii. Czy tym razem bardziej interesowała Was jednostka, czy sam mechanizm tworzenia kultu?
Czy zależało Wam na tym, żeby słuchacz znał kontekst tych historii, czy muzyka ma działać również bez wiedzy o Koreshu, Applewhi’cie czy innych postaciach?
Przy „Koroście” opowiedzieliśmy tę historię własnymi słowami i na swój sposób, nasz album stanowi bardziej interpretację działalności Proroka z Polesia niż rzetelną biografię. Przy „Terminal Devotion” mieliśmy możliwość oddania głosu samym przywódcom kultu. Nawet w „Book of David”, który jest interpretacją utworu Davida Koresha, nasza ingerencja w liryki była znikoma. Poprzez ten zabieg nie musieliśmy dodawać zbyt wiele od siebie, same wypowiedzi Jonesa czy Applewhite’a aż nadto wystarczyły. Gdzieś tam pomiędzy słowami znajduje się wspólny mianownik, dzięki któremu możemy spróbować wniknąć w ten świat i znaleźć rządzące nim reguły. Natomiast znajomość kontekstu, o którą pytasz, nigdy nie jest obowiązkowa, ale jej brak zdecydowanie wypłaszcza odbiór i przesłanie danego wytworu. Jasne, nie musisz znać tradycji karnawalistycznych, by podziwiać „Wojnę Postu z Karnawałem” Bruegela, ale bez odpowiedniego przygotowania możesz uznać, że ten obraz przedstawia jedynie bandę dziwolągów, w dodatku pod wpływem. Świat się wprawdzie od tego nie zawali, ale dostrzeżesz jedynie ułamek głównego zamysłu. Trochę szkoda.
W: Pierwsza część to religijny obłęd, tłum, sekta, podporządkowanie. Druga jest niemal przeciwieństwem: samotność, pustka, góry, zimno. Pierwsze, co przyszło mi do głowy po odpaleniu tego krążka: tragedia na przełęczy Diatłowa. Czy właśnie takie historie były dla Was punktem odniesienia przy tworzeniu Where Cold Winds Blow?
Trafne skojarzenia. W gruncie rzeczy „Prayer of the Silent Ones” jest bezpośrednio inspirowany wspomnianymi wydarzeniami. Pozostałe historie są już mniej konkretne, ale tematyka pozostaje ta sama: śmierć w całkowitym odosobnieniu, w otoczeniu szaleństwa, w jakie wpędza człowieka natura i jej surowe okrucieństwo. Gdy mroźny wiatr staje się żywą obecnością, która wpełza pod skórę, w kości, w mózg, aż do utraty granicy między tym, co realne, a tym, co podpowiada panika. Wiatr i zimno nie potrzebują żadnego „objawienia”. Wystarczy, że trwają wystarczająco długo, by człowiek zaczął działać w sposób daleki od tego, w jakim funkcjonował w ciepłym, cichym świecie.
W: Co sprawiło, że tutaj wróciliście do zdecydowanie bardziej klasycznego black metalu?
Już w trakcie nieco przedłużających się prac przy „Koroście” poczuliśmy potrzebę zrobienia czegoś bardziej pierwotnego, surowego i dzikiego, a co ostatecznie przerodziło się w swoisty „tribute to Darkthrone”, wyrażony oczywiście nie coverami, a poprzez odpowiednio barbarzyńskie brzmienie, linie wokalu, nawiązania w tekstach, a finalnie również oprawę graficzną. Wychowaliśmy się na Darkthrone — na ich surowości i całkowitym braku kompromisów — choć do tej pory nie było tego bardzo słychać w naszej twórczości. Nawet jeśli konieczne uzupełnienie tej luki rozpoczęło się jako luźny pomysł na odskocznię, szybko przerodziło się w dość rygorystyczny i świadomy projekt.
W: Na poprzednim krążku ogromną rolę odgrywał język polski. Tym razem mamy angielskie tytuły i zupełnie inną narrację. Czy to świadoma zmiana perspektywy?
Pierwotnie teksty na „WCBB” były napisane po polsku, w trakcie prób doszliśmy jednak do wniosku, że bardziej będzie pasowała do tego angielszczyzna. Nie stoi za tym żadna głębsza filozofia, zwyczajnie uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Język polski był na „Koroście” wymuszony tematyką, przy najnowszych nagraniach była ona na tyle uniwersalna, że współczesna lingua franca, jaką jest angielski, miała tu uzasadnione zastosowanie.
W: I tutaj przeskoczymy do poprzedniego wydawnictwa. Na ile przed rozpoczęciem prac nad albumem znaliście historię Muraszki, a na ile Korosta była efektem dopiero późniejszego
Znaliśmy pobieżnie historię muraszkowców, więc dość szybko padł pomysł, żeby nowe kawałki połączyć z działalnością poleskiej wspólnoty. Jedyne, czego nie planowaliśmy, to wykorzystanie życiorysu Iwana Muraszki dla całości materiału, w pierwotnym założeniu miał być jedynie jednym z bohaterów szerszego kontekstu, czyli ruchów spirytualistycznych i sekt w polskim Międzywojniu. Ale im głębiej wczytywaliśmy się w kulisy istnienia Nowego Jeruzalem, tym jaśniejszym stawał się dla nas fakt, że to doskonały materiał na cały album.

W: Płyta jest napisana jak pewnego rodzaju kronika, kolejne utwory rozwijają historię, zamiast być po prostu zbiorem kawałków. Czy od początku mieliście rozpisaną całą narrację albumu? Czy podczas zbierania materiałów trafiliście na coś dotyczącego Muraszki, czego ostatecznie nie wykorzystaliście, a co szczególnie Was uderzyło?
Jak wspomnieliśmy powyżej, założenie, że „Korosta” będzie traktować o życiu Iwana Muraszki, pojawiło się stosunkowo wcześnie, kiedy mieliśmy już szkice utworów i ogólny zamysł stylu płyty. Wydaje mi się, że wycisnęliśmy z tej opowieści wszystko, co było interesujące. Jedyną zmianą w stosunku do efektu finalnego było porzucenie opowieści o współczesnych muraszkowcach, na co chcieliśmy przeznaczyć ostatni utwór. Okazało się, że daleko im do szalonych wyczynów swojego duchowego ojca i obecnie wiodą dość nudne pod względem duchowym życie na terenie Odessy. Wybraliśmy zamiast tego opowieść o relacji między Iwanem a jego żoną Olgą. Coś, co pozornie wydaje się błahe, okazało się wyjątkowo interesującym tematem, zwłaszcza w kontekście tego, dokąd zaprowadził ich oboje ten związek.
W: Wcześniej wydaliście jeszcze dwie rzeczy! „Crone Time Comes…” i „Shade of Life. Light of Death”. Jak dzisiaj patrzycie na te pierwsze materiały? Jest tam coś, do czego szczególnie chętnie wracacie?
Nie wracamy szczególnie do już zamkniętych rozdziałów, jakimi są już wydane materiały. Podczas nagrań i późniejszych procesów analizujemy i zmieniamy te materiały przez wystarczająco długi czas, by zdążyły co najmniej znużyć. Wolimy myśleć o najnowszych utworach, zanim i te podzielą los poprzedniczek. Niemniej jednak patrzymy na wspomniane przez Ciebie materiały z mimowolnym sentymentem. „Crone…” to w zasadzie demo, na którym tak naprawdę wciąż odkrywaliśmy, co chcielibyśmy robić w przyszłości. Nie jest to materiał, którego musielibyśmy się wstydzić, bo zawarte tam utwory się w sumie bronią. Jeśli zaś chodzi o minialbum, to tu sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. Tak naprawdę to na „Shade…” zaczął się wyłaniać jakiś pierwszy spójny obraz tego, co chcieliśmy świadomie osiągać jako zespół. Jest tam już pewna świadomość muzyczna, jest też przynajmniej kilka momentów, które do dziś uważamy za naprawdę niezłe. Jednocześnie był to materiał, któremu poświęciliśmy chyba najmniej uwagi po tym, jak został wydany. Skupialiśmy się już wtedy na „Koroście” i właściwie nic nie zrobiliśmy, by gdzieś tym krążkiem lepiej się zająć. Może nieco tego szkoda z perspektywy czasu, ale nie ma sensu się nad tym użalać. Było, minęło.
W: „Shade” to dla mnie muzyka drogi. Niesamowita podróż przez zapomniane kurhany przeszyte oddechem śmierci i rozpaczą. Zaś „Crone” to kawał po prostu dobrego atmosferycznego grania haha. Nie spotkałem się w sieci z negatywnymi komentarzami na temat Waszej muzyki – chyba potraficie zadowolić każde gusta…
Na „Shade…” mieliśmy ambitny plan zajęcia się może i pozornie wyświechtanym tematem — kołowrotem życia i śmierci — w możliwie najmniej banalny sposób. Było to nieco karkołomne, ale jakoś wyszło i, jak między innymi w Twojej recenzji, spotkało się z całkiem niezłym przyjęciem. Na „Crone…” padła już większa, ale z reguły zasłużona krytyka, głównie dotycząca brzmienia, które wtedy było ograniczane głównie jakością naszego ówczesnego sprzętu. Nie celujemy w żadne gusta, za wyjątkiem naszych własnych, ale wiemy też, że są ludzie, którzy nasze zapatrywania muzyczne podzielają. Z drugiej strony, wbrew temu, co mówisz, spotkaliśmy się również z negatywnymi opiniami. I bardzo dobrze. Podobanie się wszystkim jest celem, który wyznacza sobie muzyka pop, a nie Black Metal.
W: Praktycznie wszystko, poza winylem „Korosta”, wydaliście własnym sumptem. Skąd taki pomysł? Selfrelease jest dla Was świadomym wyborem i częścią Hekatomb, czy po prostu do tej pory nie trafiliście na wytwórnię, z którą chcielibyście współpracować?
Mieliśmy kilka mniej lub bardziej konkretnych propozycji, ale konsekwentnie odmawialiśmy. Premierowe wydawnictwa Hekatomb będziemy wydawać własnym sumptem — przynajmniej tak długo, jak długo nie przestanie nam to sprawiać satysfakcji i nie zacznie zwyczajnie męczyć. Źródła takiego stanu rzeczy były jednak na początku przede wszystkim finansowe. Już przy okazji demo, zamiast topić niemałe pieniądze w studio, woleliśmy zainwestować je w sprzęt. Szybko też doszliśmy do wniosku, że wiele rzeczy da się dzisiaj zrobić samodzielnie, a zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczyć na lepsze instrumenty, mikrofony etc. Trzeba też powiedzieć, że decyzję o pełnej samodzielności ułatwiał nam fakt, że mamy w swoich szeregach ludzi, którzy potrafią ogarnąć kwestie związane zarówno z nagrywaniem czy miksem, jak i np. oprawą graficzną i drukiem bookletów. Nadruki na naszych T-shirtach też zresztą robimy własnoręcznie. Mamy więc nad wszystkim kontrolę i nikt nie ingeruje w nasze decyzje. Jest jednak jedna rzecz, z której świadomie zrezygnowaliśmy — własny kanał na YouTube. Przy tak rzadkich premierach naszych płyt i rządzących tym serwisem algorytmach prowadzenie własnego kanału mijałoby się z celem. I tutaj należą się ukłony dla Wojbora z Werewolf Promotions i Tomasza z Forever Misanthropia, którzy dotychczas pomagali nam w tej kwestii.
W: Jak wygląda kwestia koncertów? Czy Hekatomb w ogóle jest projektem, który chcecie przenosić na scenę?
Nie, nie chcemy. W zasadzie to ostatnia rzecz, na jaką mielibyśmy ochotę. W tej kwestii podzielamy pogląd i postawę duetu Nagell/Skjellum.
W: Kończąc: czy Apokrypha Archives zamyka jakiś etap Hekatomb, czy właśnie otwiera drzwi do jeszcze większego eksperymentowania?
Na pewno nic nie zamyka. Kiedyś myśleliśmy, że podzielimy naszą twórczość na jakieś etapy, ale dziś widzimy, że to wszystko samowolnie kształtuje się w pewną ciągłość opowieści, nad którą nasza kontrola częstokroć jest tylko pozorna. Apokryfy na pewno otwierają furtkę do różnych eksperymentów. Każdy z nas ma swoje wizje tworzenia muzyki, które najczęściej są zbieżne, ale gdzie pojawią się różnice, tam będzie miejsce na wszelakie odstępstwa i kombinacje.
W: I na koniec, już trochę na rozluźnienie: po jakie filmy, książki albo inne dzieła kultury polecilibyście sięgnąć, żeby lepiej wejść w świat Hekatomb?
Czerpiemy inspirację wszędzie tam, gdzie czujemy, że coś pasuje do naszej wizji, ale żeby już specjalnie nie przedłużać, proponujemy ledwie garść tytułów odnośnie Apokryfów: do zobaczenia — „In the Line Of Duty: Ambush in Waco”, „Cult Massacre. One Day in Jonestown”, „Heaven’s Gate: The Cult of Cults”, „Wiatr. Thriller dokumentalny”, do przeczytania — „Martwa Góra” Donnie Eicharr, „Halny. Wiatr, który niesie obłęd” Dawida Góry czy „Terror” Dana Simmonsa.





