Wydawca: Godz ov War Productions
Nawet sobie nie zdajecie sprawy, jak ta okładka dobrze wygląda w formacie winylowym. Nie mówiąc już o tym, że jezusowa kuśka jest tutaj większa o centymetr lub dwa, więc pewnie miałoby to dla niego znaczenie, gdyby nie był zdekapitowany.
O czym mowa? O drugiej płycie Goatsmegma z Estonii. Co bardziej pamiętliwi z Was pewnie się zdziwią, wszak ten materiał recenzował już Bart. Ano recenzował, ale po trzech latach Greg wypuścił ten krążek na placku, więc zawsze to jakaś okazja. A co pisał o nich redaktur Be?
„Koźliser jebie niemiłosiernie, aż tryska krew z nosa i łzawią oczy, już od obiadowego „Coprohilic Temptation”, które bez pierdolenia zabiera nas w nawałnicę znaną choćby z Black Witchery, czy w szczególności Conqueror. Ta zaś trwa bez przerwy aż do samego końca płyty.”
Tru story, bro. Goatsmegma jest jednym z mocniejszych reprezentantów war metalu w Europie, a powiedzmy jeśli chodzi o rejon bałtycki. Album jest dobrze wyprodukowany, w sposób surowy, ale też czytelny, nie trzeba się więc domyślać dźwięków będących składową tej rzeźni (a na przykład taki problem miałem ze zrecenzowanym niedawno Necropolisebehet). „Goat Separatist Movement” to dojebany krążek na bardzo dobrym poziomie. Gwoli kronikarskiego obowiązku, wznowienie wyszło w dwóch wersjach kolorystycznych – czarny i kremowy (chyba, że to barwa koziej spermy…). I z winyla brzmi to jeszcze lepiej.
Nie wiem, czy jeszcze ostały się jakieś kopie, stan na 19 lutego gdy piszę tę recenzję jest taki, że jeszcze możecie je dostać w Godz ov War Productions. Więc kończcie czytać i na zakupy!
http://godzovwar.com/
https://www.facebook.com/Goatsmegma





