Czas zacząć sezon koncertowy 2026. Co prawda mamy dopiero styczeń, ale ja niestety już za dużo w tym miesiącu odpuściłem, więc pora to zmienić. Epitome, Neuropatia i Insist to części składowe pierwszej tegorocznej edycji cyklicznej imprezy odbywającej się pod szyldem Rockowa Noc from the Basement. O co z tym chodzi, już tłumaczyłem przy okazji koncertu Sunnaty z 2024 roku, wiec powtarzać się nie będę. W skrócie: impreza firmowana tą nazwą czasem ma skład, który jest w stanie mnie zainteresować. I tak było i w tym przypadku, choć nie ukrywam, że w sobotni wieczór nie chciało mi się wychodzić z domu, bo mróz za oknem był wybitnie dokuczliwy. Aczkolwiek ruszyłem się i nie żałuje, bo był to dobrze spędzony czas.
Do Rzeszowskich Piwnic wbiłem już jak Insist mieli około połowy swojego występu za sobą. Nie był to przypadek, lecz taktyczne zagranie. Wcześniej wiedziałem, że taki zespół istnieje, ale nie miałem pojęcia co gra, aczkolwiek się domyślałem. Przed gigiem postanowiłem jednak na własnych uszach sprawdzić dźwięki generowana przez chłopaków z Leżajska. To co usłyszałem, zupełnie mnie nie zainteresowało. Po prostu metal muza. Trochę thrash metalu, trochę rocka, trochę death metalu. Zupełnie mi nie po drodze z takimi dźwiękami. Koncert też mnie nie porwał. Finalnie okazało się, że wdziałem polowe występu Insist i mi to wystarczyło w zupełności. Nie dla mnie taka muzyka, choć pewnie swoich fanów mają.

Po nich na scenie instaluje się Neuropathia. Chwilę im ta instalacja zeszła. W Piwnicach nie ma za bardzo gdzie się udać, nie ma normalnego baru czy czegoś takiego, jest jedna wielka sala z postawionym w rogu barem na kółkach, serwującym bliżej nieokreślone piwo, czystą, jegera i kilka smakowych wódek. Pokręciłem się, więc trochę po wnętrzu, zerknąłem na merch. Życie towarzyskie w przerwie toczyło się głownie przed wejściem w strefie dla palących, ale ja nie po to rzucałem fajki, żeby stać na mrozie w samej bluzie przy – 12 stopniach hehe.
Ok. Czas na Neuropathię. Też coś sobie odświeżyłem ich twórczości przed koncertem, choć nie wiem czy nie napisałem na wyrost, bo ja jakiś specjalnie nigdy mocno ich nie słuchałem. Fajne gore grindowe dema, potem już trochę bardziej death grind. Ogólnie bardzo skoczna i wesoła muzyka. Prezencja sceniczna dość na sportowo. Pan wokalista wyglądał trochę jak połączenie golfisty z kulturystą hehe. Co grali to Wam nie powiem, bo sam nie wiem i nie znam ich na tle. Publice się podało, mi się podobało. Ogólnie czas tego koncertu, czyli około 45 minut minął błyskawicznie. Zabawa też pomału się rozkręcała pod sceną, aczkolwiek prym w tym wiódł jeden mocno podchmielony jegomość, któremu muzyka nie specjalnie była potrzebna do robienia pogo. Warto też wspomnieć o nagłośnieniu. W tym miejscu szału nigdy nie ma, aczkolwiek w przypadku Neuropati coś się ewidentnie sypało w momencie, gdy pan wokalista używał drugiego mikrofonu z przesterem. Aż plomby w zębach zaczynały wibrować… Najlepsze jest to, że gość od dźwięku w ogóle tego nie wyłapał i dopiero, gdy gardłowy zwrócił mu na to uwagę między numerami, powstała jakaś reakcja i do końca koncertu było już lepiej. Choć jak wspomniałem wcześniej: w tym przybytku szału z nagłośnieniem nie ma, szczególnie w przypadku, gdy na scenie produkują się zespoły z bardziej ekstremalnym repertuarem muzycznym.

Chwilę pogaduszek, kolejne piwo i na scenie meldują się nasze lokalne „gwiazdy”, czyli Epitome. Od razu zaznaczę, że fajnym pomysłem było rozdanie publice lekarskich wdzianek z logiem zespołu oraz Epicentrum. Fajna kolaboracja. Ja się nie załapałem niestety na ten merch… W każdym razie patologiczna formuła dźwięku zaczyna sączyć się z głośników. Brzmieniowo jest lepiej. Muzycznie też, bo Epitome w mojej ocenie, jest pod tym względem bardziej złożoną kapelą niż Neuropathia. Duże wrażenie na mnie zrobili. Zresztą, kiedy ja ich ostatnio na żywo wdziałem? Nie pamiętam, ale za mikrofonem produkował się na pewno nie Dyvan a Kostek. Co grali, to też Wam nie napiszę, bo ja jestem raczej niedzielnym fanem takiej muzyki i przypomnę sobie o niej raczej na dzień przed koncertem. Ale było głośno, wesoło i przyjemnie. Epitome ma duża bazę fanów w Rzeszowie, wiec pod sceną się mocno zagęściło. Ja sobie koncert oglądałem ze znacznej odległości, po czym wyszedłem po angielsku na ostatniego busa, gdy skończył się właściwy występ i publika rozpoczęła z kapelą tradycyjne pertraktacje, które miały na celu wyperswadowanie im fajrantu i nakurwienie jeszcze z numeru, czy dwóch.

Imprezę zdecydowanie uważam za udaną. Mimo że żadna z tych kapel ani ich muzyka nie towarzysza mi na co dzień, to miło było posłuchać sobie takiego skocznego grania na żywo gdyż dla mnie, to na scenie sprawdza się ono najlepiej.




