Trwoga logo

W dzisiejszym odcinku zapraszam Państwa na wywiad z bydgoską Trwogą. O najnowszym krążku mieliście już okazję poczytać — teraz warto dowiedzieć się, czy rzeczywiście w tych chłopakach drzemie zepsucie, a śmierć powinna zatriumfować. Zapraszam!

Wojtuś: Dzień dobry. Jak trwoga, to do Boga?

Hasthur: „Skoro jednak śmierć ustanawia porządek świata, może lepiej jest dla Boga, że nie wierzy się w niego i walczy ze wszystkich sił ze śmiercią, nie wznosząc oczu ku temu niebu, gdzie on milczy” ~ Albert Camus

W: Rok 2016 – „Ciemności„. Cover Summoning i dwa autorskie numery. Raczej wszystko to przechodzi bez echa. A Trwoga staje się na chwilę one-man bandem, sterowanym przez Ravena. Jednak nie jest to materiał chujowy (nawet przesłuchałem sobie przed pisaniem), a z aspiracjami na fajny longplay. Co tam się podziało i czemu trzeba było czekać trzy lata na kontynuację?

H: W tej historii nie ma żadnych rewolucji ani wielkich rozłamów. Każdy z poprzedniego składu poszedł w swoją stronę, a tylko Raven postanowił trzymać Trwogę przy życiu. W międzyczasie mieliśmy jeszcze jedno przetasowanie w zespole, zanim osiągnęliśmy skład znany z debiutu. Konieczne było rozstanie się z ówczesnym gitarzystą… Jeśli dobrze pamiętam, długi czas oczekiwania wynikał również z kwestii wydawniczych. Tłocznia, przez mocne obłożenie, zmusiła nas do przeczekania kilku miesięcy, nim debiut ujrzał światło dzienne.

W: Debiutancki materiał Trwogi, wydany przez Black Death Prod., nosi identyczny tytuł jak sama horda. Zastanawia mnie – skąd decyzja, by nadać płycie tę samą nazwę co projekt?

H: Jest to poniekąd podkreślenie, że wspomniany album stanowi trzon naszej twórczości. Zawsze będzie tym pierwszym, który tak naprawdę rozpoczął działalność Trwogi i zawsze będzie punktem odniesienia dla naszej muzyki.

W: Choć wasza muzyka nie jest stricte DSBM, to pojawiają się skojarzenia z egzystencjalnym dołem. Zaliczylibyście się do pocztu kapel depresyjnych, nienawidzących życia, czy raczej hołdujących starej Norwegii i kąsającego lodu?

H: Myślę, że ani jedno, ani drugie. Nigdy nie chcieliśmy „romansować” z DSBM, w zasadzie nikt z nas obecnie nie słucha takiej muzyki. Natomiast wspomniany egzystencjalizm jest u nas obecny od samego początku. Mniej lub bardziej subtelnie zdarza nam się nawiązywać do filozofii z tego nurtu, co łatwo można dostrzec, skrupulatnie analizując nagrywane przez nas płyty.

Nie ma tu na pewno nienawiści do życia. Wielokrotnie, tworząc nowe materiały, inspirowaliśmy się twórczością chociażby Alberta Camusa, który starał się to życie zrozumieć, a nie go nienawidzić. Natomiast w kwestii hołdu — nigdy nie wzorowaliśmy się bezpośrednio na starej Norwegii. Nasze największe inspiracje pochodziły z Grecji, Finlandii i Austrii.

W: Załóżmy jednak, że zmieniacie branżę i na następnym albumie jesteście w 100% zespołem DSBM. Konkurencji sporej byście nie mieli, bo dobre kapele można wyliczyć na palcach jednej ręki.

H: W zasadzie to najlepsze lata dla polskiego DSBM trwały tak długo, jak istniał Fadheit. Po tym czasie ten gatunek wrócił do głębokiego podziemia. Jeśli chodzi o nas, to jak wspominałem – DSBM prawie w ogóle nie słuchamy. Dawno temu zdarzało mi się romansować z tym gatunkiem, ale nie sądzę, by miało to jakikolwiek wpływ na twórczość Trwogi. Poza tym — myślę, że gdybyśmy mieli zacząć tworzyć muzykę w takim stylu, to zanudzilibyśmy się na śmierć.

W: Język ojczysty dominuje w tekstach – skąd taka decyzja? Czy polski lepiej oddaje ducha waszej muzyki niż angielski?

H: Zdecydowanie tak. Ojczysty język zawsze będzie lepszym narzędziem do wyrażania tego, co czujemy, niż język obcy. Myślę, że tworzenie w języku polskim nadaje zespołowi autentyczności. W tekstach nie stronimy od specyficznych odniesień lub alegorii, a posługując się angielskim, możliwe, że nie bylibyśmy w stanie przekazać wszystkiego.

W: Teksty: pustka, śmierć, imprezy na pręgieżu. Wentyl, dzięki któremu można wypluć wszystko, co niewygodne?

H: Koniec końców — czy w naszej twórczości jest aż tak wiele niewygody? Cała symbolika, którą się posługujemy, to przedłużenie filozofii, która nam przyświeca. Jedynie będąc zatwardziałym przeciwnikiem tego typu „rozważań”, możesz odczuć dyskomfort.

W: Następna pełnowymiarowa płyta sugeruje zwycięstwo śmierci – czy to bardziej symboliczny przekaz, czy dosłowna celebracja końca?

H: Spostrzegawczy słuchacz zauważy, że to jedynie utrzymanie konwencji, którą obraliśmy na samym początku. Triumf śmierci to wciąż zaprzeczenie wieczności, którą manifestujemy naszymi sztandarami. Nie ma tutaj celebracji — jest jedynie los, któremu pozwalamy się ciągnąć.

W: Na „dwójce” kontynuujecie brzmienie znane z poprzedniego albumu, bez większego przełamywania schematów. „Bezpieczne granie”, czy po prostu czujecie się dobrze w tym, co serwujecie?

H: Czujemy się w tym dobrze, a co więcej — podoba nam się wiele aspektów brzmieniowych naszych płyt. Mimo że nigdy nie było idealnie, to z albumu na album eksperymentowaliśmy z różnymi niuansami — typu mastering czy nagłośnienie. Zawsze ograniczały nas umiejętności oraz budżet, ale z czasem udało się nabrać wprawy i obrać pewien kurs, który w końcu doprowadzi nas do w pełni satysfakcjonującego całokształtu.

Niemniej jednak nie zamierzamy zmieniać sposobu, w jaki gramy — bo jest to poniekąd nasza tożsamość na scenie. Z pewnością na następnych materiałach będzie można spodziewać się lepszej jakości, ale nie innego stylu.

W: Na „Triumphus Mortis” pojawia się spora liczba utworów instrumentalnych. Klawiszowe przerywniki z pewnością budują klimat i potęgują atmosferę całego albumu, jednak niektórzy mogą odnieść wrażenie, że jest ich po prostu za dużo. Czy był to świadomy zabieg – rodzaj intuicyjnego rozciągnięcia „ciszy przed burzą”?

H: Wszystko, na co mieliśmy wpływ, było zamierzone. Instrumentalne wstawki, synthowe sample – to nierozłączna część naszej twórczości i nie wyobrażam sobie rezygnować z niej pod presją uwag i sugestii. Za pomocą takich zabiegów chcieliśmy nawiązać do starej sceny, którą reprezentowały zespoły typu Summoning, Abigor, Samael czy Rotting Christ. Poza tym każdy z sampli niesie ze sobą pewną historię, dzięki której domykana jest kompozycja naszej płyty.

W: Kiedy tworzycie, myślicie bardziej o słuchaczu czy o sobie? Czy wasza muzyka ma pełnić jakąś funkcję? Edukacyjną, a może profetyczną? Hehe. Czy po prostu musi „boleć”?

H: Tak naprawdę, w tym wypadku traktujemy siebie jako słuchaczy. Najważniejsze, żeby płyty podobały się nam i były zgodne z naszymi wyobrażeniami o własnej muzyce. Jesteśmy świadomi, że znajdą się odbiorcy, którym nasza twórczość przypadnie do gustu, ale – jak wspomniałem wcześniej – nie zamierzamy zmieniać konwencji pod naporem uwag i komentarzy. Oczywiście nie ignorujemy sugestii dotyczących technicznych aspektów płyty – te, nawet wyrażone w sposób brutalny, są dla nas cenne.

Jeśli chodzi o funkcję, to powstrzymałbym się od zbyt pochopnych wniosków. Jesteśmy konsekwentni w symbolice i nurtach myślowych, które patronują naszej twórczości, dlatego można ją potraktować jako przedłużenie albo interpretację dzieł sztuki pisanej. Nie chodzi tutaj o żadną patetyczność – dalej gramy black metal, który mimo największych prób zawsze będzie miał w sobie pierwiastek prymitywizmu.

W: Bym zapomniał o jeszcze jednym ważnym detalu! Pomiędzy dwoma pełnymi albumami ukazała się EP-ka. Limitowana do stu egzemplarzy, wydana w czarnej kopercie z dołączonym certyfikatem (który, rzecz jasna, zgubiłem). I właśnie wtedy zaczynam zauważać, że o Trwodze zaczyna być coraz głośniej – ktoś wspomni, ktoś inny zaprosi na koncert. Materiał zdaje się przełomowy? Czy to tylko jakieś moje głupie przeświadczenie?

H: Był z pewnością przełomowy dla nas. Mieliśmy doskonałą okazję, by eksperymentować zarówno w obszarze nagrań i miksów, jak i w kwestii samego wydawnictwa. Praca nad tą płytą rzeczywiście zaowocowała – po jej wydaniu zaczęły pojawiać się bardziej obszerne recenzje i wzrosło zainteresowanie. Wielu słuchaczy, po zapoznaniu się z EP-ką, decydowało się na zakup debiutu w pakiecie. Można powiedzieć, że wytarła nam ścieżki na wielu płaszczyznach i w jakiś sposób zdefiniowała nasze podejście do tworzenia muzyki.

W: Jesteście z Bydgoszczy i możecie pochwalić się Muzeum Mydła i Historii Brudu, ale również tym, że wasza scena odżywa! A to za sprawą między innymi cyklicznych koncertów sygnowanych nazwą The Last Words of Death. Ba, zagraliście przecież parę razy na tej imprezie. Jak wrażenia?

H: Granie na „swoim podwórku” jest zawsze bardziej komfortowe niż koncerty wyjazdowe. Poza tym Maciej doskonale wie, jak odpowiednio ugościć zespoły, które zaprasza. Na Last Words of Death graliśmy już bodajże trzy razy i najciekawszym aspektem tych doświadczeń była możliwość obserwowania, jak rozwija się ten cykl. Jest niesamowita przepaść między pierwszym koncertem po reaktywacji LWoD, który odbył się na ogródku klubu Wiatrakowa pod parasolem Tyskiego, a naszym ostatnim występem w Over The Under Pub.

W: Koncertować poza Bydgoszczą również wam się zdarza. Dużo młodych, zauważyłem, was polubiło. Jednak nie pakujecie się tak po prostu na scenę – tutaj widziałem jakieś banery, sztandary i inne gadżety. Otoczka musi być?

H: W dzisiejszych czasach bardzo łatwo zostać pominiętym i zapomnianym. Myślę, że tworząc na scenie obraz, który jest unikalny, zapadniemy słuchaczowi w pamięć na dłużej. Poza tym – jeśli chcemy traktować koncert jak formę sztuki – musimy dbać o to, by była kompletna. Wychodząc na scenę, ubieramy się w określony sposób, malujemy twarze i ustawiamy banery, by pokazać, że Trwoga ma swoją tożsamość.

W: A co powiecie o kapelach z waszego podwórka? Macie przecież taki Chainsaw, Dagorath i mój ulubiony, choć zapomniany przez wielu – Scarecrow. Polecicie coś? Niekoniecznie żywego. Z tego, co w ogóle widziałem, to przybyło wam tam kapel – czy dobrych? Wszystkiego na razie nie sprawdziłem. Jednak „Feklia Diabła” brzmi nazbyt zachęcająco.

H: Na LWoD można posłuchać co nieco z lokalnej sceny i każdy może sobie spokojnie wyrobić własne zdanie. Niemniej jednak udało nam się dzielić scenę z chłopakami z Mortis Dei oraz Damnatorum. Dobrze wspominamy te spotkania.

W: To teraz coś na wysilenie szarych komórek. Jaki film idealnie opisywałby muzykę Trwogi? Siódma pieczęć, Begotten, a może Akademia Pana Kleksa?

H: Ciekawe pytanie. Tutaj wybór padłby na film Stalker Andrieja Tarkowskiego z 1979 roku.

W: To tyle z mojej strony. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na koncertach!

H: Dzięki, mam nadzieję, że do zobaczenia niedługo!

Wojtuś
378 tekstów

Może nie recenzuję dobrze, ale za to nie znam się na muzyce.

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.Wywiady

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.

BartBart7 września 2026
Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”Wywiady

Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”

WojtuśWojtuś31 sierpnia 2026
Teufelsberg: „…uszanowanie Diabła jest kluczowe w tej muzyce.”Wywiady

Teufelsberg: „…uszanowanie Diabła jest kluczowe w tej muzyce.”

OracleOracle22 czerwca 2026

Skomentuj