Wydawca: Doomentia Records
To określenie, że niby mamy do czynienia z piątym albumem Hirax to trochę na wyrost chyba – oni zawsze mieli dość krótkie kawałki, no ale „Faster than Death” trwa zaledwie dwadzieścia jeden minut. EPka? Spoko. Album? Eee, raczej nie.
No tak, nowy album Katona i kolegów stał się faktem. No i fajno, lubię Hirax. Lubię to, że dla nich czas zatrzymał się pod koniec lat osiemdziesiątych i ani na jotę nie próbują dostosować się do nowych czasów. W przeciwieństwie to tych wszystkich Kreatorów, Destructionów, Testamentów, Death Angelów rozmiękczających swoje płyty, „Faster than Death jest tym czego się spodziewałem. Dobrym, energicznym thrash metalowym albumem. Ich koncert w Katowicach kilkanaście lat temu, był jedną z najlepszych thrash metalowych sztuk, jakie widziałem (a propos, ktoś pamięta jeszcze Piona Art? Czy Piona się ostatecznie odnalazł?). No i jadąc trochę na tym sentymencie odpaliłem „Faster than Death”.
Szybki thrash metal bez absolutnie jednego zwolnienia, teksty o społeczeństwie, lekko kiczowata okładka – kto słyszał wcześniejsze albumy Amerykanów i dodatkowo mu się podobały, ten absolutnie nie będzie rozczarowany najnowszym wydawnictwem. U Hirax nie zmieniło się nic. Choć może jedna rzecz – wokal Katona na tym albumie jest jednak o klasę niżej niż na wcześniejszych wydawnictwach. No słychać, że gość ma jednak te kilka lat więcej na karku. Tragedii nie ma, ale też startu choćby do tego co robił na „El Rostro de la Muerte”.
No i co Wam więcej mogę powiedzieć? Fajny ten Hirax, pewnie wrócę sobie raz na jakiś czas. Nie zrewolucjonizowali gatunku, zawsze robili swoje i tak już im zostało. Tylko tyle albo aż tyle.





