Wydawca: The Circle Music
Kiedy dostałem w swoje ręce album Caressing Misery westchnąłem ciężko. Łatka gothic metalu/rocka zwiastowała chujnię tak okrutną, że niebiosa winny zapłakać płomiennymi łzami. Jakież było moje zdziwienie, gdy ich pełniaka „Lost and Serene„ słuchało mi się nadzwyczaj przyjemnie.
Zacznijmy od tego, że Caressing Misery to świeży, niemiecko-amerykański duet, którego członkowie grali w House of Salem, The Kentucky Vampires, czy The Shallow Graves. Na płycie, jak już wspomniałem, znajdziemy nieco ponad pół godziny nastrojowego grania, które, jak wynika z notatki, powinno zrobić dobrze fanom The 69 Eyes, Sentenced, Paradise Lost, Entwine, Lacrimas Profundere, and For My Pain. Poza Paradise Lost chuja mi mówią te nazwy, bo nie bywam na Castle Party (ponoć to błąd), ale faktycznie słychać tam echa wspomnianego bandu, a od siebie dołożę Moonspell, w ich balladowych kawałkach.
I ja to kupuję. Niespieszne utwory podlane naprawdę przyjemnymi melodiami płynącymi z gitar zadziwiająco odprężająco mi siadły. Duża w tym zasługa świetnego wokalu Juliana Austa, który robi tu praktycznie połowę roboty. Do tego okazjonalnie tu i tam pojawią się casio melodyjki, przy czym szanuję, że nie wieją one paździerzem, bo o to nietrudno. Całość składa się na na zaskakująco solidną mieszankę gothic metalu/rocka, który to może nie zagości w moim sercu na stałe, ale okazjonalnie przyjemnie odświeży.
Z wad wskażę przede wszystkim na fakt, że okazjonalnie wokal próbuje growlować i wtedy miły nastrój pryska, a wjeżdża pociąg zażenowania. Odpuśćże Waszmość, bo psujesz tym klimat.
Tyle i aż tyle. „Lost and Serene” okazało się naprawdę przyjemną płytą, do w idealnej dawce. Pół godziny takiego grania nie zmęczyło mnie, ani nie znużyło, tylko dało chwilę wytchnienia, by powrócić na charczące łono podziemia. Polecam.




