Wydawca: Old Temple

Nie wiem, czy macie w swoim muzycznym słowniku takie pojęcie jak „subiektywnie album przełomowy”. Ja mam. Jest to album graniczny, który oznacza dla mnie jakiś zwrot w odniesieniu do danego zespołu – zarówno o znaczeniu negatywnym jak i pozytywnym. Od tego albumu postrzeganie danej grupy jest inne, zainteresowanie wzrasta lub spada.

W przypadku Whalesong takim albumem jest właśnie „Leaving a Dream”. Znam wcześniejsze dokonania Ślązaków i o ile nigdy nie kręciłem na nie nosem, o tyle też nie wywierały na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Dopóki nie poznałem najnowszego album kapeli. Pierwszy odsłuch i całkowicie zmieniłem pryzmat patrzenia na Whalesong. Zdecydowanie na plus.

Z jednej strony jest to kontynuacja tego co znaliśmy dotychczas jako muzykę Whalesong, z drugiej – przechodzimy w totalny, głęboki eksperyment. I nie narzucamy sobie już żadnych ograniczeń. Mieszamy sludge z industrialem, doom z noir jazzem, drone z ambientem, wszystko to łączymy ze sobą i sprawdzamy co wyjdzie. Tutaj każda kompozycja żyje własnym życiem, ma swoją własną historię – niekiedy czuć pokrewieństwo z pozostałymi, a niekiedy nie. Whalesong wszedł do mojej głowy i wyłuskał rzeczy, które sprawią mi przyjemność – mniej lub  bardziej. Bo ja tu słyszę mnóstwo inspiracji, a spora część pokrywa się z moim, osobistym gustem. Mamy masywne podjazdy pod Triptykon, mamy delikatną i mroczną muzykę w stylu Angelo Badalementiego, mamy noir jazzowe rzeczy spod znaku Dale Cooper and the Dictaphones czy Heroin and Your Veins (w „We are Free”), mamy – na odmianę – totalny atak eksperymentalnego jazzu w „Drinking from the Gutters of Descension”, mamy nawet zimną falę jak również Dead Can Dance. Jest tego wiele i igranie z tak dużą ilością inspiracji to zawsze jest w moim odczuciu ryzyko – jeśli muzycy mają głowy na karku, może z tego wyjść perełka. Ale może też wyjść coś wręcz przeciwnego – jakaś pokraka, karykatura muzyki. Nie bójcie się – „Leaving a Dream” (w ogóle, podoba mi się ta gra słów) – to zdecydowanie perełka. Życzyłbym sobie, żeby ekscytowali się nią muziarze przy piwie (winie, wódce lub wodzie) i prowadzili długie dysputy nad jej zawartością, ale podejrzewam, że obejdzie ona naprawdę wąskie grono.

Whalesong są jednak sami sobie winni, bowiem wypuszczają na rynek dwupłytowy krążek, z muzyką trudną. Poza tym ja naprawdę nie mam czasu na – uwaga, kurwa, to nie żart – sto trzydziestominutowe albumy. Dużą część tego czasu stanowią dwa ostatnie numery – „From the Ashes” oraz „shekissedmewiththevenomouslips”. Numery transowe, potężne i majestatyczne. Wciągają jak ruchome piaski i nie dają Wam szans na przetrwanie. Dodatkowym plusem jest tutaj wokal Elise – odnoszę wrażenie, że ta kobieta stając przed mikrofonem po prostu odlatuje. Jej partie są fantastyczne i to kolejny mocny punkt „Leaving a Dream”. A ma z kim tutaj stawać w szranki.

Bo w tym momencie pasowałoby chyba wspomnieć o gościach na tej płycie. A uwierzcie mi – jakby inny zespół zaprosił takie grono, nie opędzilibyście się od nachalnych reklam w stylu „feat. XYZ” i tysiąca wrzutek na fejsa na zasadzie „patrzcie jak muzyk ABCD robi dobrze naszej płycie”. Owszem, tutaj są goście. Tylko ja ich nie wychwytuje – ich udział rozpływa się w muzyce Whalesong. I w mojej opinii nie znaczy to, że wykonali chujową robotę. Dla mnie znaczy to, że muzyka na „Leaving a Dream” jest tak dobra, że występy gwiazd na tle tych kompozycji po prostu przechodzą do porządku dziennego. To może świadczyć tylko i wyłącznie o poziomie muzyki Whalesong. Zdecydowanie na plus.

Największym plusem jest natomiast to, że najnowszy opus tego zespołu za każdym odsłuchem przynosi coś nowego, nieoczekiwanego. Łapałem się na tym, że po kilku odsłuchach natrafiałem na coś, czego nie byłem świadom wcześniej – czy to inspiracji, czy konkretnego patentu, czy po prostu ładnej melodii ukrytej w gąszczu muzyki. Czego chcieć więcej?

Jestem oczarowany najnowszą propozycją Whalesong. Jest to dla mnie zdecydowanie album przełomowy. I – nie chcę tutaj nikogo podpuszczać, ale totalnie widzę wspólną trasę Mord’A’Stigmata oraz Whalesong. Bo jakoś tak nie umiem ostatnio przestać o niej myśleć. Te dwa zespoły podświadomie koegzystują w mojej świadomości i widzę (raczej słyszę) u nich sporo punktów stycznych. Tak czy inaczej, Whalesong nagrało wspaniały album.

Ocena: 10/10

Oracle
19327 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”Recenzje

Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”

OracleOracle16 września 2026
Warfist „Totengasse”Recenzje

Warfist „Totengasse”

BartBart15 września 2026
Massteron „Second in the Spheres”Recenzje

Massteron „Second in the Spheres”

OracleOracle14 września 2026

Skomentuj