Wydawca: Osmose Productions
Minenwerfer poznałem przy okazji ich ostatniego pełniaka, doskonałego „Alpenpasse”, który miażdżył zimnym, nieprzyjaznym klimatem wieszcząc rychłą śmierć pośród ośnieżonych szczytów. Dlatego też wyczekiwałem, jak kania dżdżu nowego albumu, czując jednocześnie pewien niepokój, bo poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko.
„Feuerwalze” zabiera nas z górskich rejonów rzucając w zupełnie nowe piekło, bo w okopy podczas trwania największej bitwy I Wojny Światowej – Bitwy nad Sommą. Jeśli w „Alpenpasse” ceniliście sobie immersję tak wielką, że podczas odsłuchów zakładaliście ciepłe odzienie, to tym razem możecie szykować saperki, maski gazowe oraz spisać testament. Minenwerfer nagrał, jak dotychczas, najbardziej brudny, okrutny i bezlitosny album w swoim dorobku. Z każdego dźwięku czuć niewiarygodną, wojenną nawałnicę, wobec której pojedynczy człowiek jest jedynie insektem, który zostanie zamieniony w bezkształtną masę mięsa i kości wprasowaną w ocean krwistego błota. Każdy riff gitary oraz tłusty dźwięk basu jest niczym pocisk artyleryjski, który spada na słuchacza z bezlitosną precyzją, a niedobitki dożynane są ogniem ciężkiego karabinu maszynowego, jakim jest perkusja. Muzycznie skojarzenia mocno mkną w stronę Marduka, co można zaliczyć, jako potężny plus. Nie sposób też przejść obojętnie wobec kapitalnych solówek. Gimnastyka na gryfie, jakiej doświadczymy podczas obcowania z „Feuerwalze” potrafi przejść w melodyjny nokturn ku czci poległych, jak np. w „Nachtschreck” lub „Labyrinthine Trench Sectors”, ale mocniejszy efekt wywiera szalona galopada doskonale odwzorowująca ostrzał z moździerzy oraz z broni ciężkiej, jak choćby w kawałku tytułowym. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że muzycznie Minenwerfer stanął na wysokości zadania. Nie ma strzałów na oślep, czy niedostatecznej siły ognia, albowiem obcowanie z tą płytą dosłownie przytłacza. A i tak chce się więcej. No i wokal. Opętany skrzek Generafeldlmarschalla Kriegshammera idealnie podkreśla terror zaklęty w muzyce brzmiąc jadowicie niczym dawka fosgenu. Brzmienie albumu również robi swoje. Czyste na tyle, by wyłapać każdy dźwięk, ale zachowano wystarczającą warstwę brudu, co mnie cieszy, bo recenzowana jakiś czas temu przeze mnie Satanika, a którą też wydało Osmose, brziała tak chujowo, że aż chciało się srać.
Minenwerfer nagrał muzycznego potwora. Poczucie beznadziei, kruchości życia oraz otaczającego szaleństwa wojny jest tu wprost przytłaczające, co powinno zadowolić każdego z Was. Trochę wahałem się z tą oceną, ale po kilkunastu odsłuchach nie mam wątpliwości, że jest w pełni zasłużona.
Ocena: 10/10
Lista utworów:
- Cemetery Fields
- Feuerwalze
- Eternal Attrition
- Nachtschreck
- Sturmtruppen III (Sommekämpfer)
- Shrapnel Exsanguination
- Labyrinthine Trench Sectors





Dzięki za cynk o nowym albumie, Alpenpasse stał się jednym z moich ulubionych albumów, a ten już po pierwszych dwóch kawałkach pokazuje, że tu nie będzie jeńców.