Fortress: „…sądziliśmy, że granie w kapeli wygląda tak jak na teledyskach z lat osiemdziesiątych.”

W czasach, gdy młodociani oldskulowi traszersi pojawiają się obficie jak opryszczka po wizycie w burdelu trudno wyłowić kapelę, która naprawdę wie co robi, łupie dobry thrash metal i jeszcze dodatkowo gada z sensem. Jedną z takich kapel jest niewątpliwie krakowski Fortress, który szczęśliwie powstał jeszcze przed modą na retro thrash i mam nadzieję, że ją przeżyje. Niedawno wydali swój debiutancki krążek, który Wam szczerze polecam. Co więcej? Do lektury przystąp! Na pytania odpowiadał Tomek, basujący wokalista…

Oracle: Witam! Pierwsze pytanie na rozgrzewkę i przełamanie lodów, jako, że wódki mailem wypić się nie da – najlepsza thrash metalowa płyta wszech czasów oraz najbardziej przeceniana płyta to…?

T: Siema Oracle! Jak na dzień dzisiejszy najlepszą płytą thrashową dla mnie to będzie na pewno coś Slayera, tylko pytanie, co? Obstawię „Reing In Blood”, chociaż zastanawiam się jeszcze nad „South of Heaven”. Najbardziej przereklamowaną (też podkreślam że w moim odczuciu!) jest „Horrorscope” Overkill, chociaż dwójka Heathen depcze jej po piętach.

O.: Ok, czyli wstęp mamy już za sobą, powiedz teraz co najważniejsze – jakie to uczucie trzymać w dłoniach debiutancki krążek, okupiony krwią, potem i spermą (wszak łzy thrashersom nie przystoją, hehe)? Z czym możesz porównać to przeżycie, gdy na stole ląduje pudło z krążkami Twojego zespołu?

T: A powiem, że zajebiste (z małymi wyjątkami)! Masz racje, było trochę problemów z nagraniem i wydaniem tej płyty i dużo naszej krwi, potu oraz innych wydzielin przelaliśmy podczas tych paru lat, ale wreszcie się udało i oto jest! Dlatego też satysfakcja że wreszcie nasza płyta jest gotowa jest ogromna! Jedyną chujową rzeczą jest to, że CD zajmują dużo miejsca. Połowa mojego pokoju jest zawalona kartonami i co chwila potykam się o nie w nocy.

O.: Hehe, trzeba było zrobić kultowy nakład dwunastu egzemplarzy! Zanim przejdziemy do dalszej części wywiadu, powiedz mi jeszcze coś o zmianach, jakie zaszły w składzie Fortress po nagraniu debiutanckiego albumu? Bo i tak w którymś momencie coś o tym zapewne byś powiedział, więc aby nie uprzedzać moich pytań… hehe…

T: Dobra, będzie zwięźle i krótko! Jakoś zaraz na początku zeszłego roku odszedł od nas perkusista Michał, na jego miejsce wskoczył Mekong z mojej drugiej kapeli, Terrordome. Na przełomie 2011 i 2012 odszedł znowuż Kuba, nasz gitarzysta, który zastąpiony został przez Pawła z krakowskiego Mastemey.

O.: W ogóle, to najwięcej zmian mieliście na stanowisku perkusistów, co nie jest sprzeczne z normą, ale również i z obsadą gardłowego, co już może lekko dziwić. Skąd tak częste roszady za mikrofonem? Obecnie w Fortress Ty zdzierasz gardło, czy ten stan rzeczy będzie trwał nadal?

T: Czy ja wiem, czy tak dużo? Przeto gardłowego oficjalnie zmieniliśmy „tylko” dwa razy! Nasz pierwszy wokalista, Grzesiek odszedł z powodu ogólnego braku czasu na granie. Był znacznie starszy od nas, myślał o ustatkowaniu się i ponadto dostał dobrą pracę, wymagającą od niego pełnego zaangażowania. Dlatego też stwierdził, że nie chce w żaden sposób hamować naszych działań, bo w tej sytuacji granie koncertów, prób czy nagrywanie czegokolwiek w 100% musiałoby się podporządkować pod jego nowy, bardzo napięty grafik. Nie ukrywam szkoda, bo bardzo mi się jego głos podobał no ale takie jest życie i nie mam do niego żalu. Drugim wokalistą, był znany tu i ówdzie Tymek Jędrzejczyk. Ma on bardzo dobry „wrzask”, jednak jego wokal był zbyt brutalny i nie pasował do naszej muzyki [bo to w ogóle brutal jest, hehe – przyp. Oracle]. Dlatego też po przeszło dwóch miesiącach zakończyliśmy współpracę. I zaczęła się posucha, nie były to jeszcze czasy kiedy co drugi metalowiec latał po mieście w obszytej naszywkami katanie i w białych adidasach, wykrzykując co chwila jak to on kocha „ejtis” [haha, masz za to browara, dobrze powiedziane! – przyp. Oracle]. Z braku laku to ja stanąłem za mikrofonem, a jako że chłopaki stwierdziły, że wychodzi mi to całkiem składnie, tak też zostało i prawdopodobnie pozostanie do końca naszych dni!

O.: I dobrze, bo jest git. Jak wspominasz sesje nagraniowe Waszych obydwu demówek? Czy patrząc z perspektywy czasu, spełniły one swoje zadanie, to jest – rozpropagowały nazwę Fortress na polskim podwórku, czy raczej odzew mógł być Twoim zdanie lepszy?

T: Pierwsze demo, tj. „Welcome to Insanity” nagrywane było w bardzo nerwowej atmosferze. Dwa tygodnie przed wejściem do studia odszedł od nas perkusista z którym wtedy graliśmy, dodatkowo nie udało się nam odwołać terminu nagrań więc naprawdę byliśmy przerażeni co z tego wszystkiego wyjdzie. Ponadto właściciel studia i sesyjny perkusista okazał się niezłym tyranem, szczególnie źle ten okres wspomina Kuba, który siedział z nim w studio najdłużej z nas i uczył go naszych kawałków. Ale właśnie dzięki temu, że nie pobłażał nam tylko cisnął ile wlezie udało się nagrać naprawdę fajny materiał, z którego jesteśmy bardzo zadowoleni. Sesja nagraniowa „Toxik Thrash” w porównaniu do wcześniejszej była istną „bajką”. Wyszła ona bardzo spontanicznie, bez jakiegoś większego planu weszliśmy do studia i w niecałe dwa dni nagraliśmy dwa numery na „przypieczętowanie” nowego składu ze mną na wokalu i Michałem jako perkusistą. Wszystko poszło gładko i bez problemowo! Odzew zawsze mógłby być lepszy, w końcu nie zgłosiło się do nas Nuclear Blast i nie zaproponowało milionowego kontraktu, ale powiem szczerze że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym jak ludzie odbierają naszą muzykę. Nie spodziewałem się tylu pochlebnych opinii, czasem może przesadzonych, ale zawsze miłych. Mogę stwierdzić że tak, demówki spełniły swoje zadanie!

O.: Jeszcze na chwilę wstecz – do początków. Skąd pomysł na nazwę Fortress? Czyżby wpływ Barbakanu, hehe? Pamiętasz może, jakie inne szyldy były brane pod uwagę?

T: Nie, nazwa wzięła się najprawdopodobniej z kawałka „Hangar 18” Megadeth. Na początku naszego istnienia nazywaliśmy się „The Patriarch” co zerżnęliśmy z kawałka Kreator, później przez parę tygodni istnieliśmy jako „Hellectric”, poczym wróciliśmy do „The Patriarch”, aż w końcu ktoś wymyślił „Fortress” i tak zostało, chociaż osobiście nie uważam żeby była to dobra nazwa. Mieliśmy ją setki razy zmieniać ale została chyba z przyzwyczajenia. Chociaż i tak jest chyba najlepsza ze wszystkich, jakie do tej pory mieliśmy!

O.: Ponoć jednym z punktów rozpoczynających Waszą thrash metalową krucjatę było odegranie „Countess Bathory” na koncercie w Waszej szkole, hehe – i jak, belfrostwo było dumne z kwiatu młodzieży, hehe? Jak wspominasz te najwcześniejsze dni działalności Fortress (bo o wczesnych latach mam nadzieję pogadamy za jakieś trzydzieści lat, heh!)…

T: Wspominam bardzo dobrze! Mieliśmy pełno zapału, chcieliśmy przenosić góry, ale nie wiedzieliśmy jeszcze jak pewne rzeczy działają w szeroko pojętym „szołbizie”. Byliśmy wtedy bardzo młodzi i sądziliśmy, że granie w kapeli wygląda tak jak na teledyskach z lat osiemdziesiątych. No cóż, nie mogliśmy się bardziej mylić! Małe sprostowanie się należy, nie była to nasza szkoła, to było Gimnazjum nr 6 na Grzegórzkach, które parę lat później stało się „sławne” i to wcale nie z powodu poziomu edukacji, kto z Krakowa ten prawdopodobnie wie o co chodzi [ja nie z Krakowa, ale o ile kojarzę, to się tam pocięły jakieś dziewczęta, albo co, hehe – przyp. Oracle]. Nie mam pojęcia, jak się tam znaleźliśmy i kto załatwił nam ten koncert, w każdym bądź razie była to wielka improwizacja z naszej strony. Na tydzień przed koncertem nie mieliśmy nawet perkusisty i raptem zagraliśmy w pełnym składzie trzy próby. Było to coś pięknego, oprócz dwóch naszych kawałków pojawiło się „Black Metal”, „Countess Bathory” Venom i „Dethroned Emperor” Celtic Frost! Występ trwał jakieś dwadzieścia minut, a „organizator” po zakończeniu powiedział, że mamy jeszcze pół godziny i musimy wracać na „scenę”. To zaczęliśmy grać wszystko co umiemy, nawet jeżeli była to połowa piosenki…I tak po odegraniu jeszcze raz całego seta poleciało „Angel of Death”, „Freezing Moon” i połowa „Seek and Destroy”. Mamy gdzieś to na video, ale żałuję że nikt nie nagrał nas grających „Freezing Moon”, to było coś epickiego, każdy w innym miejscu, jeden wielki rozjazd i hałas. Rodzice i dzieciaki byli chyba troszkę skołowani i nie za bardzo wiedzieli co się dzieje. Nikt nie spodziewał się na koncercie-zbiórce na radiowęzeł coverów Mayhem, Venom, Celtic Frost czy Slayer! Jednak najbardziej wszyscy zapamiętaliśmy jedną soczystą „kurwę” którą rzuciłem tak że aż zawibrowały ściany sali gimnastycznej, kiedy zapomniałem tekstu do jakiegoś kawałka. Niby nic strasznego, ale byliśmy bardzo wyraźnie poinstruowani żeby nie używać wulgaryzmów bo inaczej koniec grania i naprawdę się staraliśmy wypaść godnie. A tu pierwszy kawałek, pierwszy takt i już! Widocznie wszyscy to usłyszeli oprócz pani dyrektor, bo zagraliśmy o wiele dłużej niż się spodziewaliśmy.

O.: Hehe, no to faktycznie niezłe początki! W Waszej dyskografii znaleźć możemy również łączone wydawnictwo zatytułowane „Decade al dente”. Coś więcej na ten temat? Bo pomysłodawcą podejrzewam byli chłopaki z Mayhayron?

T: Tak, dokładnie oni! Była to płytka przygotowana specjalnie na koncert z okazji X urodzin Mayhayron i z tego co pamiętam było tego z 50 sztuk. Pierwsze 50 osób, które przyszło na gig do biletu dostawało płytkę, ot taki mały prezent dla fanów. Oprócz nas na tym wydawnictwie pojawił się Dragon’s Eye, Stos no i oczywiście Mayhayron, który zaprezentował dwa premierowe kawałki z nowym (starym) wokalistą, Olkiem.

O.: „Modern Days Society” to według mnie krok na przód w stosunku do Waszych demówek, choć i te były niczego sobie. Długo powstawał materiał na ten album? Jakie cele postawiliście sobie, gdy zaczęliście pisać materiał na debiutancki krążek? Długo rodził się materiał na tą płytę? „I Like To Watch” pojawił się na wspomnianym przed chwilą splicie, więc jakiś super nowy to pewnie nie jest?

T: A dziękuję, miło słyszeć że się rozwijamy! W sumie to już nie pamiętam, ale większość materiału powstała dość szybko, w nie więcej jak pół roku. Już podczas nagrywania „Toxik Thrash” czyli w 2008 roku mieliśmy napisane ze dwa numery które weszły na płytę (chyba były to M.D.S i Apocalypse… Now!) a później w parę miesięcy dopisaliśmy resztę. Nie mieliśmy żadnego planu czy postawionych celów, po prostu parę zajebistych numerów, które chcieliśmy nagrać i już. Postawiliśmy na całkowitą spontaniczność! Taak, „I Like To Watch” jak i reszta numerów na płycie już trochę latek mają, powstały przecież na przełomie lat 2008-2009! Aż strach jak ten czas szybko zapierdala! Tutaj jeszcze bardzo chcę nadmienić, że wersja „I Like To Watch” na splicie znacznie różni się od tej ostatecznej znajdujące się na płycie, była ona mixowana i masterowana w Psychosound Studio, więc ma zupełnie inne brzmienie!

O.: Muzycznie Wasz debiut nadal jest osadzony w amerykańskiej szkole grania. I teraz może pytanie na zasadzie przysłowiowej przewagi „bożego” narodzenia nad wielkanocą, hehe – dlaczego właśnie Bay Area a nie Zagłębie Ruhry?

T: A wiesz, że nie wiem? Po części to na pewno kwestia gustu a po części też pewnie fakt, że najpierw poznaliśmy scenę amerykańską a dopiero później zespoły takie jak Kreator, Sodom, Darkness czy Destruction… Co do wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą, to takie rozważania nie mają sensu. Obie szkoły są od siebie bardzo różne i każda posiada zajebiste kapele. Ogólnie rzecz biorąc, inspiruje nas muzyka thrash metalowa z obu stron Atlantyku, zarówno europejska szkoła grania jak i amerykańska.

O.: Porozmawiajmy teraz o tekstach. I zacznijmy od tyłu może, bo któż nie lubi od tyłu, hehe. „I Like To Watch” opowiada o takim przeciętnym stereotypowym dzisiejszym nastolatku, który nie ma życia poza komputerem i portalami społecznościowymi… Myślisz, że internet atomizuje społeczeństwa albo patrząc nie aż tak szeroko – metalowe podziemie? Sam popatrz ilu znawców mądrze dywaguje za ekranami komputera, ale na koncertach jakoś ich nie widać… Jak myślisz, skąd bierze się taka postawa?

T: Z tego, że każdy może pozostać anonimowy, że podpisuje się tylko loginem lub nickiem pod swoimi słowami a nie imieniem i nazwiskiem. Także to, że ludzie nie widzą odbiorcy swoich słów ułatwia pewne wygłaszanie poglądów, ponieważ nie ma natychmiastowej reakcji drugiej strony, tak jak ma to miejsce w normalnej rozmowie. Znam setki przypadków, gdy właśnie jakiś „znawca” kozaczył niemiłosiernie przez Internet (nawet niekoniecznie do mnie), budował bardzo konsekwentnie swój bezkompromisowy wizerunek, natomiast w tzw. „realu” był potulny jak baranek, ważył swoje słowa i już tak radykalny w pewnych kwestiach nie był. A to dlatego, że jakby zaczął mówić w takim właśnie tonie, w jakim wygłasza swoje racje normalnie gdzieś na forum internetowym, w przeciągu paru chwil zarobiłby soczysty wpierdol. Ale daleki jestem od stwierdzenia, że Internet ogłupia ludzi. Świat zawsze był pełen idiotów, a istnienie sieci wcale ich liczby nie zwiększyła. Po prostu nagle dostali oni narzędzie, dzięki któremu praktycznie bez skrępowania i jakichkolwiek poważniejszych konsekwencji mogą wygłaszać swoje debilne poglądy. Mądrzejsza część społeczeństwa powinna pamiętać, że siła rażenia takich ludzi i ich argumentów kończy się wraz z wyłączeniem komputera, dlatego też nie ma co tracić na nich nerwów i czasu.

O.: W podobnym temacie utrzymuje się „Cyberviolence”. A skoro już jesteśmy w temacie cyberprzestrzeni, temat kurewsko na czasie – ACTA. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Nie wydaje Ci się, że te wszelkie obawy są lekko na wyrost? Że to po prostu nagle Ci wszyscy internetowi znawcy po raz pierwszy od długiego czasu znaleźli dobry powód, by oderwać się od swoich komputerów?

T: ACTA jebała mnie po całości, nie czytałem tego i nie miałem wyrobionego zdania, a teraz sobie tego zdania nie muszę wyrabiać, bo jednak nic z tego nie wyszło. Denerwowało mnie jednak cały ten medialny szum, bo mam wrażenie że doskonała większość protestujących podobnie jak ja nie widziała treści tego dokumentu na oczy, ale krzyczała, że jest przeciw, bo usłyszała w telewizji albo wyczytała gdzieś na blogu, że tak trzeba. Jak można opowiadać się za czy przeciw czemuś, czego się w ogóle nie zna? Nie wiem, czy obawy związane z ACTA były zasadne czy nie i już się tego nie dowiemy. Co do walki z piractwem, to wyznaję pogląd zaprezentowany przez Wojciecha Cejrowskiego, który wyjątkowo rozsądnie podszedł do sprawy. Zainteresowanych zachęcam do poszukania tekstu w internecie! W wielkim skrócie chodzi o to, że piractwo należy „wyprzedać na zakręcie”. W wielkim skrócie chodzi o to, że piractwo należy „wyprzedać na zakręcie”, poprzez dodawanie bonusów do płyty (nagrania live, niepublikowane wcześniej utwory czy rabaty) oraz redukcji całej gamy kosztów jakie pobierają pośrednicy na linii artysta-klient.

O.: Z drugiej strony mamy tutaj utwór „We Rule The Night”. Osobiście to mój ulubiony numer na „Modern Days Society” pod względem muzycznym. W warstwie tekstowej natomiast dotyka ważkiego tematu jakim są koncerty Fortress, hehe. Miałem okazję skonfrontować tekst z rzeczywistością i muszę stwierdzić, że ten tekst nie kłamie, hehe! Czy koncerty są dla Fortress tak ważne, że aż napisaliście o tym tekst?

T: No cóż, koncerty to był jeden z głównych powodów, dla którego założyliśmy zespół. Granie na żywo daje nam dużo radości i możliwość wyładowania „negatywnych” emocji. Jeden woli pobiegać, drugi postrzelać na strzelnicy, natomiast dla nas formą „aktywnego wypoczynku” jest koncert! Co do samego utworu „We Rule The Night”, z tekstu jestem średnio zadowolony. Wyjątkowo nie szło mi napisanie czegokolwiek składnego do tego numeru, więc stwierdziłem że mam to gdzieś i idę na łatwiznę, napiszę takiego potworka o „zabijaniu pozerów” i o tym jak jesteśmy zajebiści itd. W sumie każdy zespól thrash metalowy musi mieć kawałek o takiej tematyce, nie mogliśmy więc być gorsi! Jednak mimo biednej treści, uważam że cały numer jest cholernie chwytliwy!

O. Pełna zgoda. We wspomnianym numerze wymieniona zostaje również mityczna postać pozera, hehe. Zawsze, gdy jakaś kapela przebąkuje coś o pozerach, nie mogę darować sobie i pytam, jaki jest najprostszy sposób na rozpoznanie pozera w tłumie na koncercie, hehe?

T: Tego mitologicznego pozera opisałbym jako kogoś nie posiadającego własnego gustu, na ślepo idącego za kolegami czy koleżankami, by im się przypodobać. Taka osoba teraz słucha np. metalu, a za rok będzie słuchała reggae czy studenckiego, alternatywnego shit rocka, bo akurat to będzie na fali. Dla mnie to, czy ktoś pozuje czy nie, bardziej wychodzi w rozmowie niż w sposobie ubierania się. Odbieranie czyjegoś wyglądu i uczucia temu towarzyszące często są bardzo subiektywne, nie można tylko na tej podstawie oceniać człowieka jako całości. Więc ja ci nie powiem, jak wypatrzeć pozera w tłumie, są od tego osoby bardziej kompetentne niż ja!

O.: Skoro już zahaczyłem ten temat. Ostatnimi czasy w Polsce (choć nie tylko) mamy wysyp młodych metalowych gniewnych, którzy noszą na sobie tony naszywek, obowiązkowe białe reeboki i jajognioty. Kilkukrotnie miałem wątpliwą przyjemność wymienić z takimi kilka zdań i nie wiele mądrego mają oni do powiedzenia na tematy muzyczne, cała ich metalowa otoczka to właśnie wspomniany anturaż i imidż. Jak myślisz, skąd się to bierze? Ja wiem, że nie każdy urodził się z krążkiem Dark Angel w łapie, ale sam przesłuchałem wiele, wiele płyt, zanim zakupiłem sobie jakąś koszulkę w wieku lat trzynastu, hehe…

T: Sytuacja ta spowodowana jest tym, że jest moda na taką muzykę, a wiadomo że moda przyciąga różne indywidua. Wiem, może zabrzmię teraz jak stary, zrzędliwy „true” metalowiec, który psioczy na ludzi niewiele młodszych od siebie, ale niektórzy z nich naprawdę przeginają! Mnie najbardziej wśród tych „młodych gniewnych” denerwuje kompletny brak własnego zdania. Już pal sześć, że wyglądają jak choinki z wyprzedaży w supermarkecie, każdy ubrany tak samo i różnią się od siebie telewizorem na katanie. W rozmowie o muzyce używają tylko i wyłącznie cytatów z for lub recenzji metalowych, powtarzając w kółko zasłyszane gdzieś utarte frazesy, co prowadzi czasem do komicznych sytuacji, bo dzięki temu można spotkać „die hard” fana Razor, który wszędzie wychwala „Evil Invaders” i Sheepdoga, a reszty dyskografii nie zna, bo po co? Skoro wyczytał gdzieś, że ktoś powiedział, że „Evil Invaders” to szczytowe osiągnięcia ww. zespołu, to resztę można olać ciepłym moczem. Na całe szczęście da się jeszcze spotkać wśród młodych adeptów thrash metalowej sztuki ludzi całkiem ogarniętych, dla których wyrocznią nie jest Internet, a wygląd nie jest najważniejszy, szkoda tylko, że są oni w mniejszości.

O.: Oprócz rzeczonych gołowąsów na polskim poletku mamy też do czynienia z grupą thrash metalowych zespołów, które w jakimś sensie skupione są wokół jednej czy dwóch starszych osób z koneksjami i wciskane są (lub były) na wszystkie lepsze thrashowe imprezy w Polsce. Na pewno wiesz, o jakich zespołach mówię. I pomimo że nie znam osobiście chłopaków z tych kapel, to wciskanie kapel z dorobkiem jednej czy dwóch demówek przed zespoły pokroju Sodom czy Atillery nie do końca jest fair. Kojarzyć się to może z okresem, gdy koncertować mogły jedynie zespoły skupione wokół Dziuby czy Kmiołka… Jakiś komentarz?

T: Haha, doskonale wiem o co ci chodzi! Pozwolę sobie tutaj mówić otwarcie, przecież każdy i tak wie o kogo chodzi! Zgodzę się, polityka supportowa Piona Art. jak i Live Art. rodziła pewne wątpliwości i pytania, co do zasadności wyboru kapel, no ale to oni byli organizatorami i to do nich należało ostatnie słowo, kto i gdzie będzie grał. Nawet jeżeli ewidentnie pewne decyzje ocierały się o „kolesiostwo”. Chociaż z drugiej strony uważam, że to dobrze, że promowali młode zespoły, już całkowicie abstrahując od tego, czy to się podobało większości publiki, czy nie. Rzadko kto daje młodej kapeli szansę zagrania przed gwiazdą światowego formatu i jak dla mnie ta idea jest jak najbardziej szczytna! I trochę mi szkoda, że sprawy się potoczyły tak a nie inaczej, ponieważ Piona miał jeszcze parę zajebistych koncertów w planach i mogło Fortressom (i nie tylko!) troszeczkę z pańskiego stołu jeszcze skapnąć! Wraz ze „zniknięciem” Piotrka okres hossy się bezpowrotnie zakończył i nie sądzę, by teraz ktoś robił w naszym kraju tyle thrash metalowych gigów i zapraszał na support kapele naszego pokroju, z czego niektórzy zapewne bardzo się cieszą. Teraz naprawdę nadejdzie dla nas i dla podobnych nam kapel czas weryfikacji, już nikt nie ma „pleców” i każdy będzie musiał działać na własną rękę.

O.: O widzisz, mądrego to i dobrze posłuchać, jak mawiał Kargul. Ok, a teraz już abstrahując od publiki – czy któryś z młodych thrashmetalowych bandów spoza naszego kraju wzbudził Twoją ciekawość?

T: Mantic Ritual ze swoim „Executioniers Song” jest świetne, jeden chyba z lepszych albumów „wyplutych” przy okazji gorączki na staromodny thrash. Lubię jeszcze bardzo dwójkę amerykańskiego Merciless Death. Od czasu do czasu zarzucę sobie jeszcze „The Art Of Partying” Municipal Waste, ale nie wiem, czy to można zaliczyć do „nowej fali”. Za to zespołem, który ostatnio naprawdę mną porządnie sponiewierał jest chilijski Dekapited i ich płytka „Contra Iglesia Y Estado”. Z tego miejsca polecam wszystkim zapoznanie się z tym materiałem, bo po prostu warto.

O.: A jak z odbiorem „Modern Days Society” poza Polską? Dostajecie jakieś wieści na temat tego krążka spoza kraju, czy raczej póki co podbija on serca lokalnych thrashersów?

T: Nie za dużo, ale parę opinii się pojawiło i wszystkie były jak na razie bardzo przychylne! Pisało do nas parę osób z różnych krajów obu Ameryk, między innymi kolesie ze wspomnianego wcześniej Dekapited czy Exmortus. Pozytywne recenzje ukazały się także w kilku zagranicznych webzinach. W jednym, holenderskim, zinie stwierdzili, że najlepszym remedium na problem bezrobotnych Polaków w ich kraju jest danie im do ręki gitary po to, by zajęli się nagrywaniem dobrych, thrash metalowych płyt!

O.: Heh, w sumie dobry pomysł. Płyta ukazała się nakładem Thrashing Madness Productions – jak się Wam układa współpraca z Leszkiem? Maniak z niego jakich mało, ale czy dobrze się sprawuje jako szef labelu, który ma być pierwszym krokiem dla młodych gniewnych jak Wy?

T: Współpraca układa nam się świetnie! Leszek bardzo nam pomógł z różnymi rzeczami związanymi z płytą, nie tylko z jej wydaniem! To przez niego poznaliśmy Goolarego z Hellias, który nadał ostatecznych szlifów naszej płycie. Poza tym daje nam wolność i swobodę, które bardzo sobie cenimy. Dzięki temu mamy cały czas pełną kontrolę nad tym, co robimy oraz nasza muzyka pozostała tylko i wyłącznie naszą własnością, a wiem, że gdzie indziej niekoniecznie mogłoby być tak kolorowo.

O.: Jesteście jedną z kapel, które wzięły udział w kompilacji „Thrashing Damnation Thru Compilation”, skupiającą kapele z półeczki thrash i crossover… Uważasz, że w dzisiejszych czasach takie rzeczy są w ogóle potrzebne, skoro dokonanie danej kapeli można poznać za pomocą kilku kliknięć?

T: Uważam że tak! Jest to też zawsze jakaś forma promocji, a tej nigdy za wiele! Składanki zawsze chyba cieszyły się dość sporym zainteresowaniem, a takiej jeszcze nie było… To znaczy miała być, ale nic z tego nie wyszło. Atak „nowej fali starego thrashu” w Polsce jest faktem, może trochę spóźnionym w stosunku do naszych zachodnich sąsiadów, ale jest. I bardzo dobrze się stało, że pojawiło się wreszcie wydawnictwo, które zbiera do kupy poczynania „najlepszych” kapel z tego nurtu. Tym bardziej, że parę naprawdę wartościowych załóg się ostatnio pojawiło w tym gatunku! Zauważ też, że parę z tych kapel nie ma wydanego swojego materiału na CD (najprawdopodobniej tego nigdy nie zrobi) i taki składak to dla nich jedyna szansa, by ich materiał ukazał się na normalnym, fizycznym nośniku.

O.: Poza Fortress część z Was kaleczy ludziom słuch w Terrordome oraz Traktor. Ta pierwsza kapela obca mi nie jest bynajmniej, wręcz przeciwnie, debiut wałkuję regularnie. Powiedz mi jednak coś o Traktor, co to za muzyczny byt?

T: Traktor to jedna z pierwszych kapel Mekonga (albo nawet pierwsza?) i jego kumpla, gitarzysty Tomka Krasika, powstała około 2000 roku. Więc jakby nie patrzeć, ma już 12 lat! Oczywiście nie może grać nic innego, jak szybki i energetyczny thrash metal. Chłopaki nagrały w dwójkę jeden instrumentalny materiał demo o nazwie „Forgotten Shit” (w tajemnicy powiem, że istnieje ekskluzywna wersja tego materiału z wokalami Mekonga, wionąca totalnym oldskulem i siarą ale tylko parę wybranych osób miało przyjemność tego słuchać) i dokonali swojego żywota. W 2011 znowu się zgadali z zamiarem napisania i nagrania paru nowych numerów. Mekong zapytał mnie, czy bym nie chciał zagrać i zaśpiewać na nowym, nadchodzącym wydawnictwie a ja się z miejsca zgodziłem! Jak na razie w całości gotowe są tylko dwa numery, które znalazły się na składance „Thrashing Damnation Thru Compilation”. Poza nimi nagrane są jeszcze cztery autorskie numery i cover „Take This Torch” Razor, do których muszę dograć jeszcze wokal. Mam nadzieję, że całość ukaże się jakoś po wakacjach tego roku.

O.: W momencie gdy piszę to pytanie Wy napierdalacie w Krakowie na Cross Over Cracow Fest III. Cholernie żałuję, że mnie tam nie ma, więc streść mi tu proszę całą imprezę, dobrze? Było lepiej niż w zeszłym roku?

T: A żałuj, drogi Oracle, żałuj, bo impreza była przednia! [no żałuję, jak chuj właśnie! – przyp. Oracle] To, że była lepsza od ostatniej edycji, to mało powiedziane! To była bezsprzecznie najlepsza edycja COCa jak do tej pory, jak i jeden z lepszych gigów jakie zagraliśmy od bardzo długiego czasu. Dużo dobrej muzyki, dużo alkoholu i świetna rodzinna atmosfera, tak bym krótko określił całą imprezę. Ciężko jest mi powiedzieć, która kapela najlepiej wypadła, ponieważ wszystkie moim zdaniem dały mocarny show, to była prawdziwa uczta dla fanów thrash metalu! Ta edycja COCa była szczególna z dwóch powodów! Po pierwsze, odbyła się pod znakiem „beach party”, więc co chwila gdzieś można było zobaczyć kogoś w pływackich goglach, kolorowych szortach i klapkach, zupełny luz i zabawa, a tego często brakuje na koncertach metalowych. Po drugie, był to debiut naszego nowego gitarzysty Pawła, wszyscy trochę martwiliśmy się tym, jak wypadnie nam po raz pierwszy wspólne granie na żywo. I okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo Paweł spisał się znakomicie! Bez problemu odnalazł się w naszym zespole, a także nasi „fani” przyjęli go bardzo ciepło!

O.: Okej, pewnie będziemy już powoli kończyć. Rzuć słówko jeszcze o planach i ulubionym alkoholu i puszczam Cię wolno, hehe…

T: A więc może tak zaczniemy od końca! Ulubiony alkohol to piwo pod każdą postacią. Ten trunek doskonale wpisuje się w etos „prawdziwego thrash metalowca”, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jeżeli black metal ist Krieg, to thrash metal ist Bier! Szczególnym upodobaniem darzę piwa ciemne, jak np. Raciborskie czy Irish Beer. Siwuchą też nie pogardzę, ale do picia wódki musi być odpowiednia atmosfera, ludzie i zagrycha, wtedy smakuje doprawdy znakomicie. Co do planów, mamy zamiar grać jak największą ilość koncertów wszelakich promujących nasz album i składankę, tworzyć nowe, urywające jaja kawałki i (o ile świat się nie skończy) nagrać coś nowego na przełomie roku 2012/2013. Po wszelkie informacje na temat tego, co robimy odsyłam na naszą stronę myspace, gdzie wszelakie „hot njusy” będą się pojawiać.

O.:Ok, dzięki wielkie za wywiad! Thrash ’till deaf!

Autor

11070 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *