Lubię Headhunter D.C. bo kojarzą mi się na przykład z takim naszym Hell-Born – są konsekwentni w tym co robią i szczerzy. Ponadto Sergio to totalny maniak metalu śmierci, a odpytywanie takich ludzi to czysta przyjemność. Jako, że niedawno ukazał się nowy album Brazylijczyków, a polska Disonance Productions wypuściła winylową wersję ich koncertówki – okazja do pogawędki była całkiem niezła. Tak więc odkręćcie na maxa „Rise of the Damned…” i sprawdźcie o czym porozmawiałem z Sergio Baloffem.

Oracle: Witaj Sergio! W przyszłym roku Headhunter D.C. będzie świętować swoje czterdziestolecie. Jesteście w zasadzie jednym z niewielu zespołów deathmetalowych, które istnieją nieprzerwanie tak długo i konsekwentnie nagrywają doskonałe materiały. Jakie to uczucie?

Sergio: Piekielne pozdrowienia dla Chaos Vault Zine! Niech rozpocznie się powstanie potępionych! Cóż, pierwszym słowem i uczuciem, jakie przychodzi mi do głowy, jest bez wątpienia duma. Mam na myśli to, że bycie dziś jednym z najstarszych i najdłużej działających bez przerwy zespołów w ekstremalnym metalowym podziemiu to dla mnie powód do ogromnej dumy. Zwłaszcza że Headhunter D.C. to zespół z północno-wschodniej Brazylii, który musiał stawić czoła tak wielu trudnościom, aby utrzymać się przy życiu przez cztery pieprzone dekady – trudnościom, z jakimi większość kapel na świecie zazwyczaj się nie mierzy. „Honor” to kolejne słowo i uczucie, które świetnie pasuje do tego kontekstu: honor z powodu bycia wiernym naszym korzeniom i własnym zasadom przez tak długi czas. I nie ma w tym żadnej fałszywej gadki; pozostanie wiernym death metalowi nawet po tylu latach jest dla nas rzeczą o najwyższym znaczeniu. W przeciwieństwie do innych zespołów, które traktują death metal tylko jako muzykę. Gdybyśmy dostali w darze kolejne czterdzieści lat życia, byłyby to z pewnością kolejne cztery pieprzone dekady czystej i całkowitej deathmetalowej lojalności. Czy ktoś w to wątpi?

O.: Absolutnie nikt… No dobra, ale jednocześnie nie było Cię w zespole od samego początku. To stosunkowo rzadkie – choć nie niespotykane – aby obecny skład zespołu różnił się całkowicie od tego, który pierwotnie go formował; Asphyx, Napalm Death, Epitome czy Sepultura to tylko kilka przykładów. Czy ktoś kiedykolwiek miał to Tobie za złe lub domagał się na przykład zmiany nazwy zespołu?

S.: Skądże znowu. Prawda jest taka, że nawet jeśli nie było mnie w oryginalnym składzie z maja 1987 roku, to w zasadzie czuję się tak, jakbym tam był. Śledziłem powstawanie zespołu w czasie rzeczywistym, szybko zbliżyłem się do chłopaków i zacząłem ich wspierać jako skrzyżowanie technicznego, fotografa, a nawet pomagałem im z korespondencją. Mało kto o tym wie, ale w 1988 roku byłem nawet w składzie jako perkusista, zanim pod koniec 1989 roku oficjalnie zostałem wokalistą. W tamtym czasie zespół miał na koncie tylko jedno demo i kilka nagrań z prób, które krążyły w ówczesnym tape trendingu, więc mogę powiedzieć, że byłem bezpośrednio związany z zespołem od samego początku. Nie ma potrzeby zmieniać nazwy zespołu, gdy szanuje się jego historię pod względem muzycznym i ideologicznym tak, jak ja to robię.

O.: Byłeś przy narodzinach death metalu jako gatunku. Czy blisko czterdzieści lat temu czułeś, że pomagasz tworzyć coś, co fundamentalnie zmieni bieg muzyki metalowej i nada jej nowy, jeszcze bardziej brutalny wymiar?

S.: Kiedy powstaliśmy, sam gatunek death metalu istniał od zaledwie trzech lat (lub dwóch, jeśli weźmiemy pod uwagę, że pierwszy zespół Paulo Lisboi, Túmulo, powstał w 1986 roku). Poza oryginalnymi twórcami, takimi jak Possessed, Mantas/Death i Sepultura, istniało bardzo niewiele kapel. Więc w jakiś sposób, nawet podświadomie, wiedzieliśmy, że bierzemy udział w początkach czegoś bardzo wyjątkowego. Gdy rodził się Headhunter D.C., „Scream Bloody Gore” dopiero co trafiało na rynek, „Strappado” zostało wydane zaledwie miesiąc wcześniej, a „I.N.R.I.” nie było jeszcze nawet w sprzedaży. Można więc powiedzieć, że wciąż czuliśmy powiew wiatru, z którym nadszedł death metal, kiedy pojawiliśmy się jako zespół. Jestem zdecydowanie dumny i zaszczycony, że jesteśmy jedną z kapel odpowiedzialnych za rozwój tego gatunku, dostarczając go z jeszcze większą brutalnością i mrokiem w takiej formie, jaką znamy dzisiaj.

O.: Najnowszy album Headhunter D.C. został nagrany przez całkowicie nowy skład – oczywiście z wyjątkiem Ciebie. Przez długi czas trzon zespołu tworzyłeś Ty i Paulo Lisboa; czy po jego odejściu brałeś kiedykolwiek pod uwagę, żeby to wszystko rzucić, zamiast w zasadzie zaczynać od nowa?

S.: Właściwie to nie, ale wyjście na scenę czy wejście do studia nagraniowego bez fizycznej obecności Paulo – po trzydziestu latach wspólnego grania w zespole – było dla mnie niesamowicie trudne. Na szczęście znalazłem siłę, by iść dalej. Co najlepsze, nasze braterstwo przetrwało, podobnie jak jego niezłomne, ogromne wsparcie dla zespołu – w końcu Paulo to wieczny Headhunter. Innym bardzo ważnym aspektem, który pomógł mi się nie poddać po ostatnich negatywnych wydarzeniach w zespole, jest potężne wsparcie i świetna partnersko-braterska relacja z gitarzystą Danilo Coimbrą, który od 5 lat jest moją prawą ręką (w naszym przypadku, rzecz jasna, „lewą ręką”, haha!). Headhunter D.C. od wielu lat jest prawdziwym przedłużeniem mnie samego, więc jeśli w ogóle przez myśl przemknęła mi rezygnacja, myśl ta została natychmiast zmieciona przez moją bezgraniczną pasję do tego, co robię i w co wierzę od tak dawna.

O.: To dobrze, że nie zrezygnowałeś, bo pewnie nie dostalibyśmy tak świetnego albumu jak „Rise of the Damned…„. Dla mnie brzmi on jak szczery, podziemny death metal – bez krzty nowatorstwa. Jest wręcz konserwatywny; czy uważasz, że to trafne słowo do opisania Waszej muzyki?

S.: „Konserwatywny” w tym przypadku to bardzo trafne słowo – podobnie jak „szczery”. Mam na myśli to, że wymyślanie koła na nowo nigdy nie było naszym celem, ponieważ zawsze chcieliśmy po prostu utrzymać przy życiu korzenie i integralność prawdziwego, starego, tradycyjnego death metalu (a co za tym idzie, naszej własnej tożsamości). Prawdziwe deathmetalowe uniwersum jest z dumą czymś „ograniczonym”, ale oferującym szeroki wachlarz możliwości w obrębie swoich granic – bez potrzeby ich przekraczania, rozumiesz? „Rise of the Damned…” wykracza poza muzykę – a nawet poza samą muzykę deathmetalową: to nasz własny krzyk oporu i wyzwolenia przeciwko wszystkiemu, co nas uciska, niczym lawina bluźnierstwa burząca złote bramy chrześcijaństwa!

O.: W pełni się zgadzam. A co sądzisz o zmianach stylistycznych u zespołów, które kiedyś definiowały death metal – zespołów będących jego esencją – a których dzisiejsza muzyka jest całkowicie inna niż dawniej? Przykładów jest mnóstwo: Therion, Tiamat, Sepultura, Kataklysm…

S.: To są zespoły z góry określoną datą ważności wpisaną w sam zamysł ich powstania; zespoły, które po jednej lub dwóch płytach nawet nie pomyślały o podtrzymaniu czy uszanowaniu swoich korzeni, po prostu dlatego, że dla nich muzyka metalowa stała się WYŁĄCZNIE biznesem i rozrywką, niczym więcej. Ale jeszcze gorsze są kapele, które w żałosny sposób próbują jakiegoś „powrotu do korzeni” i ponoszą sromotną klęskę, nie uważasz? (i w tym przypadku nie mówię tylko o death metalu). [oczywiście, że tak uważam = przyp. Oracle]. Jest ich zbyt wiele, by je wymieniać. Headhunter D.C. z dumą nie należy – i nigdy nie będzie należeć – do tego wstydliwego grona zdrajców death metalu!

O.: „In Death Metal We Trust” – to tytuł zamykającego utworu na Waszym najnowszym albumie. Naturalnie postrzegam go jako Wasz „manifest”. Pojawia się w nim wers: „The glory of the past is now, the old school lives on…” („Chwała przeszłości jest teraz, stara szkoła żyje dalej…”). Czy myślisz, że młodsze pokolenia będą zainteresowane podtrzymywaniem tej staroszkolnej tradycji? Że gdzieś tam w tej chwili jakiś dzieciak pisze swoje pierwsze riffy i za czterdzieści lat będzie robił dokładnie to, co Ty?

S.: Naprawdę mam taką nadzieję, ale szczerze mówiąc, nie to jest naszym głównym celem. Pokazanie metalowcom z obecnych i przyszłych pokoleń, że istniał/istnieje zespół z Brazylii, który traktował death metal śmiertelnie poważnie na najwyższym poziomie, a nie tylko jako kolejny zwykły styl muzyczny, i ciężko walczył o to, by jego płomień płonął mocno przez dekady – to już samo w sobie byłoby wielkim wyczynem i wspaniałym dziedzictwem do pozostawienia po sobie. Swoją drogą, „In Death Metal We Trust” to kolejny deathmetalowy hołd/manifest, który kontynuuje tradycję tworzenia utworów ku czci naszej wielkiej pasji do podziemnego metalu śmierci. Wszystko zaczęło się od „Fuck Off the False”, jednego z pierwszych utworów HDC napisanych w 1987 roku, który nigdy nie został oficjalnie nagrany. Potem był „Headhunter D.C.” z dema „Hell is Here” (89) i płyty LP „Born…Suffer…Die” (91), „Long Live the Death Cult” z „God’s Spreading Cancer…” (2007) oraz „Hail the Metal of Death!” z „…In Unholy Mourning…” (2012). Myślę jednak, że „I.D.M.W.T” to nasz ostateczny hymn na cześć prawdziwej chwały death metalu.

O.: Macie też między innymi utwór zatytułowany „Hail the Metal of Death!” – co sprawia, że akurat ten konkretny gatunek rezonuje z Tobą najbardziej? Co w Twojej opinii wyróżnia go spośród wszystkich innych?

S.: Sam do końca nie wiem, ale to na pewno zbiór różnych czynników. Może powinienem odwołać się do słynnego cytatu Cronosa, który powiedział: „Nie my wybraliśmy black metal, to black metal wybrał nas” – z tą różnicą, że słowo „black” zamieniamy oczywiście na „death”, haha! Myślę, że to ma wymiar niemal „duchowy”, a wręcz „religijny”. Prawda jest jednak taka, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem „Haunting the Chapel”, potem „Hell Awaits”, a następnie „Seven Churches”, mój świat legł w gruzach, a przede mną otworzył się nowy, mroczny horyzont. Muzyczna rewolucja – czy trafniej mówiąc: „bunt” – jaką rozpętał ten nowy wówczas gatunek metalu, przykuła moją uwagę do tego stopnia, że nie było już odwrotu. Wszystko, co znałem do tamtego momentu, zostało wyniesione na absurdalny poziom szybkości, ciężaru, ekstremum i przemocy. I to była właśnie rewolucja – zapoczątkowana przez Venom – której świat metalu wtedy potrzebował. Uwielbiam też zły, wściekły thrash, wczesny black metal, doom, staroszkolny grindcore i tradycyjny heavy metal. Czerpię elementy ze wszystkich tych gatunków, tworząc utwory dla Headhunter D.C., ale to pieprzony death metal sprawia, że od zawsze krew gotuje mi się w żyłach.

O.: Macie na koncie cztery albumy koncertowe; najnowszy został niedawno wydany przez polską wytwórnię Dissonance Records. To całkiem sporo – czy w ten sposób przypominacie najwierniejszym fanom, że Headhunter D.C. wciąż żyje i ma się dobrze, nawet gdy przerwy między pełnoprawnymi albumami studyjnymi ciągną się przez ponad dekadę? Bo nie wydaje mi się, żebyście robili to dla pieniędzy, heh…

S.: Oczywiście, że robimy to dla kasy! Przestaniemy wydawać koncertówki dopiero wtedy, gdy w końcu osiągniemy milion sprzedanych egzemplarzy, haha!!! Nie ma w tym żadnego konkretnego celu, tym bardziej że żaden z tych albumów koncertowych nie był wcześniej planowany. Wydawanie takich rzeczy to świetny sposób na pokazanie fanom, że wciąż jesteśmy aktywni podczas długich przerw między kolejnymi płytami studyjnymi. Podobnie sprawa wygląda z naszym udziałem w albumach z coverami (tribute albums), splitami czy kompilacjami, które również wypuszczaliśmy przez lata. Przy okazji, tysiąc pozdrowień (hails!) dla mojego polskiego przyjaciela Marcina z Dissonance Records, który bardzo nas wspiera w niesieniu tego przekazu i wydał „Pandemic Unredemption” na winylu! Wielkie dzięki za tak niesamowite wydawnictwo! Horns Up!!!

O.: Skoro mowa o wytwórniach – współpracowaliście z wieloma wydawcami, w tym z kultową Cogumelo, imponującą Hell’s Headbangers Records, a także z polskimi wydawnictwami. Co jest dla Ciebie najważniejsze, gdy powierzasz swój materiał jakiejś wytwórni?

S.: Po pierwsze, ważne jest, abyśmy czuli jakąś więź z wytwórnią, nawet jeśli pracujemy ze sobą po raz pierwszy. Uczciwość to kolejny niezwykle istotny aspekt, którego szukamy u wydawcy. Podobnie jak wzajemny szacunek. Kiedy te kwestie są szanowane i zachowane, nasze relacje z wytwórniami układają się świetnie.

O.: Wydaliście split zatytułowany „A Brazilian Tribute to Bathory – Anthems of Blood, Fire & Death„. Zakładam, że jak każdy staroszkolny metalowiec jesteś fanem Bathory – co w takim razie sądzisz o zespole Blood Fire Death (który, nawiasem mówiąc, podkradł nazwę innemu projektowi hołdującemu Bathory z Niemiec, działającemu znacznie dłużej)? Przekształcili się z jednorazowego projektu w zespół, który całkiem sporo koncertuje… Czy Twoim zdaniem to wciąż hołd, czy stał się on już sposobem na zarabianie pieniędzy? A może po trochu jednym i drugim?

S.: Tak, wczesne Bathory to kolejna nazwa odpowiedzialna za moją długą drogę w ekstremalnym metalu. Ten split to minimum, co mogliśmy zrobić, by uczcić dziedzictwo, jakie Quorthon zostawił nam, Hordom. A co do tego zespołu grającego utwory Bathory, o który pytasz… Hm, nie wiem, czy mam na ten temat wyrobione zdanie. Kilka tygodni temu byłem na koncercie Left to Die – projektu grającego utwory Death, założonego przez byłych członków – Ricka Rozza i Terry’ego Butlera. To był zabójczy koncert. Szczególnie dla mnie, bo niestety nigdy nie miałem okazji zobaczyć potężnego Chucka na scenie (Death grało w Chile, ale nigdy nie dotarło do Brazylii). Zobaczenie tych dwóch gości przede mną, grających te wszystkie klasyki Death, było po prostu niesamowite. Słyszałem, że w Blood Fire Death gra oryginalny członek Bathory, to prawda? W każdym razie tego typu zespoły stają się ostatnio coraz popularniejsze, co nie? Tutaj w Brazylii są na przykład co najmniej dwa takie składy składające hołd Sarcófago, w których grają oryginalni muzycy. Moja opinia? Szczerze mówiąc, żadna. Jedno jest pewne: w Brazylii panuje spóźniony boom na Sarcófago, co robi się już niemal zabawne, no ale cóż…

O.: Wyobraź sobie, że w Polsce również… W ostatnim czasie coraz więcej zespołów korzysta ze sztucznej inteligencji. Myślisz, że wpłynie to negatywnie na scenę? Czy może te obawy są bezpodstawne? W końcu pliki MP3 też miały uśmiercić scenę, a ta wyraźnie kwitnie – i paradoksalnie, na winylach wydaje się dziś więcej materiału niż dwadzieścia lat temu…

S.: AI w muzyce jest dla sztucznych zespołów i artystów. Kropka. Mam na myśli to, że sztuczna inteligencja – podobnie jak pojawienie się internetu, pobierania plików, MP3 itp. dekady temu – może być dobrym narzędziem w odpowiednich rękach, ale może też okazać się katastrofą, gdy jest używana w niewłaściwy sposób. Niestety ten drugi scenariusz zdarza się częściej. Na platformach streamingowych można znaleźć nawet zespoły w 100% stworzone przez AI, z muzyką, a nawet tekstami napisanymi przez program. To szalone i kurewsko wstydliwe! Czy powinienem się tym martwić? Szczerze mówiąc, nie wiem. Jeśli chodzi o mnie, nadal komponuję muzykę za pomocą własnego, spaczonego umysłu i piszę bezbożne teksty własnym mózgiem, używając długopisu i kartki papieru, dokładnie tak samo jak prawie 40 lat temu.

O.: Pytanie trzynaste: jesteś przesądny? Wierzysz, że los człowieka jest z góry przesądzony, czy też mamy moc kształtowania swojego życia poprzez wybory, których dokonujemy?

S.: Raczej nie mogę nazwać siebie przesądnym, ale mam pewną obsesję na punkcie niektórych liczb, głównie 666, 13 i 7. Jako (prawie sceptyczny) ateista nie wierzę, że ludzki los jest z góry przesądzony – w przeciwnym razie musiałbym wierzyć, że jakaś wyższa istota go planuje. Uważam, że życiem rządzi coś, co nazywamy „przypadkiem”. Myślę jednak również, że wszystko w życiu ma swoje „dlaczego”, a nasze życiowe wybory nadają sens wszystkim rzeczom, które nas spotykają. Może dla niektórych brzmi to trochę paradoksalnie, ale właśnie dlatego napisałem wyżej „(prawie sceptyczny)”, haha! Co tak naprawdę ma sens w życiu? Swoją drogą, moja obsesja na punkcie liczby 666, która trwa już od tylu lat, zaowocowała nowym utworem napisanym na kolejny album, zatytułowanym „666: the obsession never stops”. Czekajcie na niego i pozwólcie, aby ta obsesja przejęła również Was!

O.: Jesteś kimś w rodzaju fenomenu – przez te wszystkie lata skupiałeś się przede wszystkim na Headhunter D.C.; serwis Metal Archives wymienia poza tym tylko Thrash Massacre (którego utwory Headhunter D.C. coverował na swoich płytach) oraz Exodus Attack. Z czego wynika taka wierność jednej kapeli przez tyle lat?

S.: Czasami sam zadaję sobie to pytanie. Prawda jest jednak taka, że Headhunter D.C. pochłania mój czas do tego stopnia, że nie byłbym w stanie pogodzić gry w innym zespole z takim samym oddaniem, jakie mam dla tego tutaj. Kilka lat temu próbowałem kolejnego powrotu z Thrash Massacre wraz z kilkoma oryginalnymi członkami, ale – podobnie jak w połowie lat dziewięćdziesiątych – to nie wypaliło. Lepiej więc pozwolić temu spocząć w otchłani zapomnianego mroku. Obecnie mam zły, wściekły projekt thrashmetalowy o nazwie Karrion (lub może Karrion666 ze względu na inne kapele o tej samej nazwie, zobaczymy, co z tego wyjdzie). Choć nie wprowadziłem go jeszcze w życie, mam już całkowicie napisany i gotowy do urzeczywistnienia materiał na pełny album – w tym kilka oryginalnych utworów Thrash Massacre, których Headhunter D.C. nie nagrał. Więcej wieści na ten temat już wkrótce… Jak wspomniałem wcześniej, Headhunter D.C. jest przedłużeniem mnie samego. Po tylu latach całkowitego oddania i ciężkich bitew stoczonych w imieniu zespołu, nie mogło być inaczej, niż pozostać tak wiernym mojemu Kultowi Śmierci (Death Cult) – i tak będzie aż do pieprzonego końca!

O.: Headhunter D.C. istnieje już od prawie czterdziestu lat, a czas nieubłaganie płynie do przodu – czy uważasz, że istnieje moment, w którym granie death metalu staje się po prostu niestosowne?

S.: Tak, i ten moment nazywa się trzeźwością umysłu. Dopóki mam jasność umysłu oraz, rzecz jasna, zdrowie i siłę, by to ciągnąć, będę szedł naprzód. Nie chodzi o to, by pokazać ludziom, dokąd potrafię zajść, ale jak długo mogę wyrażać swoją Sztukę, nie tracąc przy tym swojej esencji.

O.: Myślę, że to na razie zamyka wszystkie tematy – jedno ostatnie pytanie: jaki był ostatni album, który sam sobie kupiłeś? Wielkie dzięki za wywiad!

S.: Hm, teraz mnie zagiąłeś, haha! Cóż, czasami człowiek czuje się zbyt komfortowo, mając okazję dostawać mnóstwo rzeczy w prezencie od znajomych albo wymieniać się materiałami z innymi zespołami, przez co nie kupujemy płyt tak często, jak powinniśmy, ale niech pomyślę… Wydaje mi się, że to było „Acts of God” od Immolation, brazylijskie wydanie od Shinigami Records. Ale jeśli zapytasz mnie o ostatni album, jaki dostałem z wymiany, to jest to „Anthropomorphy Execution” lokalnego, staroszkolnego deathmetalowego składu Papa Necrose. To ja bardzo dziękuję za wywiad i za możliwość szerzenia tutaj naszego przekazu. Niech żyje Chaos Vault Zine!!! Wszyscy deathmetalowcy na całym globie – sprawdźcie „Rise of the Damned…” i niech to będzie Wasz ostateczny odsłuch na koniec czasów. Śmiało się z nami kontaktujcie. Do zobaczenia na metalowym szlaku! W death metal, kurwa, wierzymy!!! Chwała wszystkiemu!!!!!!!!… 666

http://www.facebook.com/HeadhunterDc

O Headhunter D.C. można też poczytać tutaj:


Oracle
19365 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.Wywiady

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.

BartBart7 września 2026
Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”Wywiady

Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”

WojtuśWojtuś31 sierpnia 2026
Teufelsberg: „…uszanowanie Diabła jest kluczowe w tej muzyce.”Wywiady

Teufelsberg: „…uszanowanie Diabła jest kluczowe w tej muzyce.”

OracleOracle22 czerwca 2026

Skomentuj