Dożyliśmy czasów, gdy zespoły celowo brzmią jak nowe wcielenie Behemoth. Przykre, nie?
No przynajmniej dla mnie w chuj przykre. Bo odpalam sobie krążek nieznanego mi dotąd Unflesh i wydaje mi się, że cos się komuś popierdoliło i odpalił „Demigod”. No serio. Kurła, kiedyś to były czasy jak młode kapele czerpały tylko i wyłącznie ze Slayer, a teraz to nie ma czasów, zaraz pójdę na grupę Stare Metale i wyleję swoje żale. A tak serio, to chuj, niech sobie Unflesh zrzyna z Człowieka – Penisa, ale niech to jakoś się broni. Niestety, po kilku odsłuchach „Inhumation” dochodzę do wniosku, że w dalszym ciągu uważam nowocześnie zagrany black/death metal za gatunek gorszy od innych, bo po prostu pozbawiony metalowych jaj. Co z tego, że mamy tu szybkość, niby agresję, technikę, wykręcone brzmienie i chuj wie co, skoro ja po połowie tej płyty ziewam? Oczywiście zespół Nergala to nie jedyna wyrocznia dla Unflesh, ale taka dość mocna. Oczywiście zespół określa muzykę graną przez siebie jako kurwa „extreme metal”. Jak widzę taki opis, to od razu wiem, że to będzie słabe. Bo co ma kurwa powiedzieć Revenge? Że oni nie są „extreme”? Ten extreme metal przeznaczony jest dla młodzieży, która chciałaby coś do posłuchania kapkę mocniejszego od Luxtorpedy, a także dla starych dziadów, co edukację muzyczną zakończyli dawno temu, jeżdżą na spędy metalowe a na fejsa wrzucają opisy typu „metalowego dnia” i link do jakiegoś Amon Amarth. To zespół typu „zapłacimy w chuj kasy, żeby wrzucili nas na support kogoś dużego, bo inaczej nikt by się nami nie zainteresował”. Sorry, wkurwia mnie takie podejście do muzyki i styl oraz otoczka kapel typu Unflesh. Wziąłem to na klatę, żebyście Wy nie musieli.
Można na tym spokojnie położyć lachę, nie zainteresuje to raczej nikogo z czytelników Chaos Vault. Szkoda czasu.
Ocena: 4/10
Tracklist:




