Wydawca: Witching Hour Productions
Tak, kurwa tak! Po kilku latach milczenia z nową płytą powrócił Reyash i jego Supreme Lord. I pourywał mi gnaty w okolicach dupy.
Już sam tytuł – „Father Kaos” miło nas łechce, heh.A tu proszę ja Was jeszcze pozostaje muzyka – brutalna, utrzymana w starym dobrym death metalowym stylu. Ten zespół nie wpycha się na siłę w oldskulowe gacie, Supreme Lord jest po prostu old schoolowym aktem, ma to we krwi. Osiem nowych numerów miażdży swoim ciężarem, motoryczne riffy przemielą Was niczym stara maszynka do mięsa – wystarczy, że zarzucicie sobie numer tytułowy, zrozumiecie o co mi chodzi. Supreme Lord każdym numerem zasadza nam siarczystego kopa w dupę, po którym w jakiś dziwny sposób wcale nie mamy dość. Naprawdę „Father Kaos” to chyba ostatnimi czasy najpopularniejsza pozycja w moim odtwarzaczu samochodowym. I dziwię się, że nie wszyscy lubią Supreme Lord i ich bluźnierczy metal śmierci, bo pomimo że moje wymagania nie są może zbyt wygórowane, to jednak drugi krążek zespołu naprawdę miażdży mnie przy każdym przesłuchaniu. A dla niedomiażdżonych zostają jeszcze kawałki bonusowe, w tym covery Blasphemy i Witchmaster.
Supreme Lord powrócił w świetnym stylu, co naprawdę mnie nie zaskoczyło. Krążek zdecydowanie lepszy niż debiut, wysokiej klasy death metal, z bluźnierstwem na ustach i Diabłem w sercu.
Ocena: 9/10
Tracklist:





Czytając recenzję odnoszę wrażenie że ja i jej autor słuchamy dwóch różnych płyt…dla mnie ten cd to zawód roku 2011.
Hmm, nie. Sprawdziłem wczoraj i jednak obstaję przy swoim, urwało mi łeb. No ale może dlatego, że nie nastawiałem się jakoś bardzo na ten krążek, mimo, że debiut był dobry. 😉