Wydawca: Godz ov War Prodcutions
Do dziś pamiętam mój pierwszy kontakt z zielonogórskim Warfist. Akurat wydali klip do kawałka „Metal to The Bone”, promujący album o tym samym tytule. Byłem z miejsca kupiony i potem śledziłem karierę tych wesołych zuchów, ba! Wpadł nawet sympatyczny wywiad. Dlatego z pewną dozą smutku przyjąłem wieści, że Mihu i spółka kończą swoją karierę, omawiany dziś „Totengasse” jest ich pożegnalną płytą.
Tak moje Misie, z całą sympatią to Miha, ta płyta jest smutna. Bardzo. Gdyż słychać, że jeszcze są jakieś pomysły, jest chęć riffowej chłosty, ale brakuje zwyczajnie siły. Jeszcze otwierający album kawałek tytułowy nie jest zły. Ocieka wkurwieniem oraz sprzedaje jako takie ciosy na prawo i lewo, więc wszelka czujność zostaje uśpiona. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Już następny, „Frankenstein Terror” jest dramatycznym zjazdem po równi pochyłej. Słychać, że utwór się rozłazi, instrumentom brakuje zwyczajnie mocy, a wokal, cóż, nie wyrabia. Mihu dwoi się i troi, by brzmieć groźnie oraz gniewnie, ale słychać wyraźnie brak energii. Jeszcze w szybkich partiach nawet to brzmi i idzie przymknąć oko. Niestety, gdy tempo zwalnia, to jest naprawdę słabo. Tak chyba nie powinno być, a wokal już całkiem brzmi wtedy tragicznie. Szczerze mówiąc, aż się w pewnym momencie zacząłem martwić, czy z Mihem jest wszystko ok.
Warfist niestety nie zakończyło kariery z przytupem. Kurwa mać, chciałbym powiedzieć, że schodzą niepokonani, ale niestety. „Totengasse”, mimo że nie jest jakąś chujnią, stanowi smutne świadectwo, że rzeczywiście pora na zakończyć żywot zespołu, póki jeszcze jako tako to brzmi. Raczej tylko dla fanów, by mieli na półeczce dla uzupełnienia dyskografii, bo słuchać tego żal.




