Wydawca: Witching Hour Productions
Rzadko mam okazje recenzować takie płyty, nieczęsto na światło dzienne wychodzi muzyka, która by mnie tak poruszyła i która wywołałaby takie emocje. Długo trzeba było czekać, ale w końcu jest:Seagulls Insane And Swans Deceased Mining Out The Void w całej swej klasie!
Bardzo byłem ciekaw, co to wyjdzie z konspiracji tych dwóch bardzo znanych (przynajmniej w tak zwanym podziemiu) artystów, czyli Havoca nagrywającego niesamowite rzeczy z Blindead i Nihila, z którego wizją muzyki możemy obcować słuchając takich kapel jak Furia, Morowe, FDS czy MasseMord. Każdy z tych twórców ma jakaś tam swoja wizję drogi muzycznej i to, co powstało na przecięciu się tych dróg przenosi nas w naprawdę mroczny i pokręcony świat dźwięków. Seagulls Insane And Swans Deceased Mining Out The Void mnie przekonuje w 100%, ja naprawdę nie widzę słabych punktów tej płyty oczywiście jedne numery niszczą bardziej, ale to chyba nie o to chodzi, myślę, że tu najważniejsza jest atmosfera, którą kształtuje każdy dźwięk, każdy niepokojący pomruk. Pierwszy numer niejako otwiera nam bramy w świat tej muzyki, dzięki niemu zaczynami dowiadywać się, w jakie rejony się udajemy i co może nas czekać… Doskonały kawałek otwierający, który od początku zaczyna budować pewną opowieść. Potem numer drugi, którego można było posłuchać, jako zapowiedzi tej płyty. Niszczył już w tedy, ale teraz, gdy słuchamy całego materiału zaczyna on rozpierdalać po trzykroć bardziej… Z początku powoli, potem nieco szybciej aż w końcu wpadamy w gęstą maź niesamowitych dźwięków, które pulsują w głowie, stwarzają wrażenia, których nie zapomina się łatwo. Numer „III” dla mnie to prawdziwe apogeum tego, co się dzieje na tej płycie… Niesamowite chore wokale i delikatna wręcz aż estetyczna elektronika tworzą razem hipnotyczny monolit wyjebujący słuchacza z prędkością światła w najbardziej złowrogie i puste miejsce w kosmosie. Jak puściłem sobie ten numer na kacu to autentycznie się bałem, że coś mi się stanie pod wpływem tych dźwięków albo sam sobie coś zrobię. Jeden z najbardziej pochłaniających i pozbawionych wszelkiego życia kawałków, jakie słyszałem. Czarna dziura przy nim wydaje się puszczą amazońską… To niesamowite, jak za pomocą tak naprawdę prostych środków można stworzyć takiego potwora. Kolejny numer nico inny… Dźwięki nieco szybsze, bardziej szaleńcze niż nihilistyczne, bardziej bojowe niż postapokaliptyczne. Ale dalej strach, prawdziwy strach… Napięcie nie popuszcza ani na moment… Ostatni numer to potężny ponad siedemnasto minutowy monolit, który powoli, bardzo powoli wypuszcza nas z objęć tej arcygęstej ciemności… Ale i tak do samego końca do ostatnich sekund napięcie trwa bo nigdy nic nie wiadomo… Człowiek obawia się że z każdej strony może go coś zaatakować ale na szczęście nie… Zejście po zażyciu tego narkotyku jest ciężkie, ale udaje się choć nie będę ukrywał: ta płyta uzależnia po pierwszym zażyciu.
Dla nie to bez dyskusyjnie płyta rewelacyjna. Jebie mnie to czy jest jakaś moda na Nihila albo Havoka i ich twórczość. Goście nagrywają zajebiste płyty i tyle… A to, co wynikło z ich współpracy jest naprawdę wybitne…
Ocena: 10/10
Tracklist:
1. I
2. II
3. III
4. IV
5. V




Jak pan Nihil zrobi kiedyś benefis swej twórczości, to koncert potrwa tydzień…strach lodówkę otworzyć,