Connect with us

Szukaj, a znajdziesz...

Chaos Vault

Relacje

Black Danzig III; Klub B90 / Drizzly Grizzly, Gdańsk; 30-31.10.2021

Rok, osiem miesięcy i jeden dzień. Tyle musiałem czekać na kolejny koncert. Czasy zarazy są iście podłe, co rusz kolejne trasy różnych zespołów są przekładane (Tormentor przełożony na 2023 rok, czaicie to kurwa? Jebany 2023!) i w zasadzie do samego końca zastanawiałem się, czy faktycznie ten festiwal dojdzie do skutku. Początkowo całość miała mieć jednodniowy event. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że z jednego koncertowego dnia zrobiły się dwa, a impreza stała się największym klubowym festiwalem metalowym na Pomorzu w tym roku.

Dzień pierwszy: Arkona, Valkyrja, Marduk, klub B90

Żeby tradycji stało się zadość, pierwszego dnia stawiłem się niemal godzinę przed otwarciem bram, mając nadzieję na zrobienie małego biforka w gronie dawno niewidzianych ludzi. W tym miejscu przeliczyłem się jednak bardzo srogo, bo praktycznie nikogo – prócz pojedynczych osób – przed klubem po prostu nie było. Wesół, no może w pół wesół wysączyłem więc dwa piwa od Trzech Kumpli i poczekałem na otwarcie bram, które otworzyły się niemal punktualnie. 

B90 przeszło lekką metamorfozę i wzbogaciło się o antresolę oraz dodatkowy bar, które zlokalizowane zostały tuż nad wejściem do klubu. To w zasadzie bardzo dobra miejscówka do posiadówy i odsłuchu koncertów. Tak, odsłuchów, bo jeśli chcesz obejrzeć z góry jakiś występ – możesz zapomnieć. Konstrukcja oświetlenia skutecznie zasłania widok na scenę. Nie mniej, jest to spory plus i pewnego rodzaju wzbogacenie tego, bądź co bądź, największego klubu koncertowego w Trójmieście. Wracając. Na wejściu można było oczywiście ubogacić się w precioza zespołów wszystkich zespołów grających na całym festiwalu zarówno na firmowych stoiskach jak i na stoisku Old Temple

Arkona

Jako pierwsza na scenie pojawiła się Arkona (miał być Doodswens, ale się wysypał w tej części trasy). Ostatni raz widziałem ich – a jakże! – na drugiej edycji Black Danzig i stwierdzić muszę, że twórcy “Imperium” wtedy jakoś bardziej mnie do siebie przekonali. Nie można odmówić Arkonie mocy i siły przekonywania. Zabrzmieli tego wieczoru niezwykle precyzyjnie i zimno, a kawałki z ostatnich dwóch (trzech?) płyt nabrały zupełnie innego wymiaru i kolorytu. Jednakże gdzieś pomiędzy tym wszystkim nie czułem większej chemii między sceną, a publiką (dosyć sporą nadmienić należy). Być może ja już przejedzony tą formą black metalu jestem i ona mnie nie rusza, albo po prostu zabrakło mi staroci, które by miały większą siłę oddziaływania (z pewnością, nie tylko na mnie). Nie umniejsza to oczywiście nic a nic zespołowi, który – co tu dużo mówić – na pewno jest w ścisłym gronie najlepszego black metalowego grania (pomijając underground oczywiście ;)) w tym kraju.

Gdy Arkona zakończyła swój występ, napływ ludzi zaczął być coraz to większy, a ja coraz mocniej zacząłem odczuwać działanie alkoholu. Co ja poradzę, że lubię chlanie, mimo coraz słabszej głowy? Pomijając kwestie monopolu trzeba odnotować fakt, że na scenie jako kolejna pojawiła się Valkyrja. I za cholerę nie rozumiem, na czym i w jaki sposób zespół ten zbudował sobie bazę fanów. Ni chuja nie czaję tego, bo występ Valkyrij zapamiętałem najsłabiej. I nie dlatego, że nie wylewałem za kołnierz, ale właśnie dlatego, że zespół ten, tego wieczoru nic szczególnego według mnie nie pokazał. Jasne, brzmiało to miejscami nawet średnio i znośnie, ale w przekroju całego występu nie wychwyciłem nic, kurwa totalnie nic, co by sprawiło abym potupał choć trochę nóżką. Kumam, że zespół ten ma swoją rzeszę fanów, którzy rzucą argumentem: chuja się znasz. Może i chuj się znam, ale nic nie zmieni mojego przekonania waflu, że Valkyrja to był najsłabszy punkt wieczoru. Taki tam bieda black metal. Ot co!

Tak mi zaschło w mordzie, że musiałem uzupełnić płyny i to podwójnie. Trzeba było przybić piątale, chlapnąć ze znajomymi co nieco i ponarzekać na dzisiejsze czasy i chujową scenę. Dobrze, że przestrzeń siostrzanego klubu B90, czyli Drizzly Grizzly, została otwarta na ten koncert. Dzięki temu bez przeszkód można było odpocząć, zaśpiewać barkę o prawilnej 21:37, posłuchać o bestii z Wadowic czy sekcji z Wadowic czy też po prostu spokojnie uzupełnić płyny przed kolejnymi występami.

Marduk

I cóż, niemal punktualnie o 22 na scenie pojawił się Marduk. Trzydzieści pierdolonych lat, w tym 14 albumów. Lepszych, czy gorszych, ale zawsze mardukowych. Rozpierdalających wręcz koncertowo za każdym razem, kiedy grane są na scenie. I przyznać trzeba, że w ogóle nie widać tych trzech dekad istnienia dywizji pancernej, która miażdżącym ciężarem black metalu wygrywa każdą sceniczną walkę. Na każdym koncercie Marduk, na którym dane było mi być, zawsze mogłem być pewien, że zostanę zniszczony. Marduk to po prostu maszyneria koncertowa, zawsze w stu procentach zaangażowana w zniszczenie słuchacza. I tak też było tego wieczoru. Co by nie przedłużać: materiał był naturalnie przekrojowy, a w setliście znalazły się kawałki z “Opus Nocturne”, “World Funeral”, “Dark Endless” czy chociażby “Those of the Unlight”, “Victoria”, rzecz jasna z “Frontshwein” i – a jakże do chuja! – z “Panzer Division Marduk” na czele z tytułowym kawałkiem i rozpierdalającym – jak zawsze – “Christraping Black Metal”! Nagłośnieniowiec stanął na wysokości zadania, odpowiednio nakręcając moc i brzmienie koncertu. Nie było co prawda maksimum idealnie, ale to jest kurwa black metal, który ma być ohydny a przy tym bezwzględny, nie biorący jeńców. Marduk zasiał zniszczenie totalne, a z B90 tego dnia pozostały tylko zgliszcza. Zajebisty koncert, który potwierdził klasę zespołu. Oby tak było przez kolejną dekadę!

Koniec koncertu nie okazał się końcem chlania. Rzesza ludzi i niedobitków postanowiła pić dalej, niektórzy przenieśli się do innych klubów, a słabsze jednostki poszły uzupełniać siły na dzień drugi.

Dzień drugi: Impure Declaration, Stillborn, Deus Mortem, Infernal War, klub Drizzly Grizzly

Ten dzień zaczął się rześkim kacem, zajebistą jajecznicą i bezalkoholowym kraftem. Tak, tak. Tego dnia postanowiłem być trzeźwy i wyszło mi to na dobre. Pomijając kwestie gastryczne, miałem obawy co do tego dnia. Drizzly Grizzly to klub o wiele mniejszy niż B90, ilość ludzi wskazywała, że będzie tłoczno (i tak też było, kolejka do baru zlokalizowana tuż przy wejściu do klubu skutecznie hamowała przepływ ludzi między koncertami), a dodatkowo tego dnia w B90 odbywała się impreza halloweenowa.

Impure Declaration

Pierwszy na scenie pojawił się Impure Declaration. Spustów onanistycznych jak kolega Bart wylewał na ten zespół nie będę, ale przyznać muszę, że z występu na występ poznaniacy coraz bardziej swoją muzyką przekonują mnie do siebie. Wszystko zaczyna tutaj grać jak należy i przede wszystkim: jest pierdolony ciężar, który cholernie lubię. Walczyk (czytaj: walec), jaki tego dnia przetoczył się przez klub i skacowanych ludzi, skutecznie zmasakrował słuchających. Lubię, jak muzyka jedzie trupem, śmierdzi pierdoloną zgnilizną i miażdży czaszkę swym powolnym, potężnym brzmieniem, by zaraz dopierdolić szybkim i nie mniej brutalnym strzałem w ryj. Motzno wielbię Impure za właśnie takie granie i chwała im, że idą prawilną ścieżką, którą wskazał im chyba sam Diabeł. Z koncertu na koncert ta maszyneria funkcjonuje coraz lepiej, nie tylko na poziomie instrumentalnym ale i wokalnym. Co prawda miejscami muzyka potrafiła mocno mi zajechać tego wieczoru zgnilizną z pod znaku Culthes Des Ghoules, ale to kurwa zajebisty plus. Nowe walce brzmiały równie dobrze, co stare. Czekam więc niecierpliwie, aż w końcu wjedzie od tego zespołu jakiś potężny pełniak, który zapędzi mnie prosto do jebanego grobu! Oby tak dalej! Aha. Z tego co doszły mnie słuchy u niektórych zwisające martwe szczury ze statywów i kandelabrów wywołały ból serduszka… mhm…, ten zły metal…

Jako drugi na scenie pojawił się Stillborn. Cóż to był za seans nienawiści, to ja nawet nie! Dawno nie widziałem takiego muzycznego wkurwu jak tego wieczoru. Nie wiem, kto nadepnął Killerowi na odcisk, ale ten tego wieczoru wypluwał z siebie tyle kurew, jebańców i pierdoleńców, że równie dobrze mógłby tym całym chamstwem wypełnić kolejną płytę (a która faktycznie będzie na wiosnę przyszłego roku)… Totalny rozpierdol, totalne zniszczenie. Ci kolesie nigdy nie przestaną mnie zadziwiać! Im starsi, tym kurwa są lepsi! I tak właśnie powinien wyglądać i tak się właśnie kurwa gra jebany death metal! Który ma być brutalny, który ma łamać kości, który ma napierdalać z buciora po głowie i nie brać jeńców! I tak też kolejne ciosy ze sceny padające na słuchaczy, kolejne kurwy ze sceny w końcu sprowokowały stojących do aktywnego uczestniczenia w tej rzezi. Powstał kocioł, dzięki czemu Stillborn dostał jeszcze więcej energii do siania muzycznej przemocy. Nie zabrakło “Ancykrysta”, nie zabrakło oczywiście też “Odezwy”… Miazga. Zniszczenie! 

Deus Mortem

Deus Mortem miał więc ultra trudne zadanie. Wkomponować się tak, by utrzymać odpowiedni poziom zła. Spoiler: i to mu się udało. Mocno się przeprosiłem z “Kosmocide” jakiś czas temu. Nie miałem jakoś przekonania do tego krążka. Jednak siadłem raz, a porządnie do niego i dzisiaj często ląduje w moim odtwarzaczu. Koncertowo ten materiał naprawdę mocno zajebiście brzmi! Jest przede wszystkim zimny, nienawistny a czarna dziura którą formuje, pochłania słuchacza niemal od razu. Deus Mortem to już inny zespół, który widziałem podczas trzeciej edycji Bestial Laceration z cztery lata temu. Tnie precyzyjnie, idealnie porusza się po klasyce gatunku i przede wszystkim jest niszczycielem muzycznych światów! Był więc materiał z pełniaka, były i utwory z zajebistej, ubiegłorocznej epki “The Fiery Blood” więc można było się nasycić zimnym black metalem w 666% procentach. Tyle i aż tyle.

Infernal War

Koło godziny 22 nadszedł w końcu czas na Infernal War. Cały występ tego zespołu można ująć w tylko dwóch słowach: pierdolona wojna! Wojna, która zebrała nie mniejsze żniwo niż pierwsze dni blitzkriegu. Tego wieczoru musiały więc polecieć same killery zarówno z “Terrorfront”, “Redesecration” jak i “Axiom”. Przekrój więc był ultra satysfakcjonujący, który mógł zaspokoić nie jednego fana w muzycznym rozpierdolu. Tak, bo to był muzyczny rozpierdol. W pewnym momencie nawet kocioł przesunął się niemal do połowy sali, więc macie obraz tego, co działo się pod sceną i na niej. Precyzja w zadawaniu ciosów tego zespołu jest niemal perfekcyjna. Nie było głaskania słuchacza, nie było pierdolenia ze sceny, tylko konkretny przekaz: jesteśmy Infernal War, nie bawimy się w żadną konferansjerkę, jedziemy dalej! Takie deklaracje miały odzwierciedlenie w czynach. Z numeru na numer publika w kotle bawiła się coraz to bardziej agresywnie, zespół z precyzją zadawał kolejne ciosy, a mordy pozostałej części publiki cieszyły się jakby oglądały holocaust chrześcijaństwa na dużym ekranie. Było tutaj wszystko, czego można było się spodziewać po takim koncercie: soniczna eksterminacja, agresja i ogólny rozpierdol. Gdzieś w którymś akcie nawet pojawił się debil w kotle, który nieprzepisowo atakował pozostałych, ale  na szczęście został szybko spacyfikowany przez porządkowego. Jak się bawić, to z kulturą nie? Ha! Były i nawet prośby o odegranie “Bloku 11”…, ale niestety rozkład jazdy tego nie przewidywał, a szkoda! Ogólnie, dawno nie widziałem takiej dziczy na koncercie w Gdańsku (pomijając posuchę pandemiczną) i szczerze przyznam, że był to najlepszy – obok Stillborn – występ tego wieczoru. Totalna eksterminacja!

Całość zakończyła się tuż po 23. I stwierdzam jednogłośnie, że tego mi było właśnie trzeba! Dwa lata posuchy koncertowej zostały wypełnione w dwa zajebiste wieczory, z zajebistymi kapelami na scenie. Publika dopisała (był Szczecin, była Szwecja, była Ukraina, Rosja, Toruń i Anglia – a jakże kurwa! ha ha – były i Gliwice i Łódź!), skład się spisał, organizator również, a soldout imprezy tylko potwierdził, że ludzie są głodni tego typu imprez. Mam nadzieję, że IV edycja odbędzie się w równie zajebistym i doborowym towarzystwie, czego sobie szczerze życzę, a kto nie był, ten piczka!

Pełna fotorelacja dokładnie tutaj.

Autor

588 tekstów dla Chaos Vault

Grafoman. Koneser i nałogowy degustator Browaru Zakładowego. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

1 komentarz

1 Comment

  1. Gips

    9 listopada 2021 at 10:48

    Piczka to cię zrobiła

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy jeszcze

A-E

Wydawca: Debemur Morti Productions No i chuj. Chciałem się wyrobić z recenzją jeszcze przed premierą i niemal mi się to udało. No ale już...

A-E

Wydawca: Nuclear Blast Records Albo jestem frajerem albo totalnie naiwny, albo jakiś ze mnie ryzykant i ostatnio sprawdzam propozycje od zespołów, których kiedyś słuchałem,...

A-E

To jeden z najbardziej pojebanów albumów jakie dane było mi słyszeć w tym roku. Tutaj jest wszystko, czego potrzeba, by oddać się szaleństwu.

Wywiady

Lykhaeon znałem już od dawna, bo ich debiut był dostępny długo u Potężnego Wydawcy. Dlatego też, gdy ukazał się ich pierwszy pełniak, to od...