Obecność tego wieczora w Hyde Parku na zgromadzaniu pod szyldem Black Ritual nie była od razu pewna. Decyzja zapadła jakiś dwa miesiące przed planowaną datą wydarzenia. Sam wyjazd na koncert też okazał się nie lada logistycznym wyzwaniem, bo finalne i ja i Kuba nasze kołchozy opuściliśmy odrobinę za późno. Swoją drogą, dość wczesna rozpiska całej imprezy lekko komplikowała sprawę i już do początku wiadomo było, że na Fortification nie zdążymy raczej na pewno. Start o 17.30… Ale ja nie wnikam, może chodziło o loty powrotne, może o to, że typy z Morbid chodzą wcześniej spać. Lata swoje już mają.
Finalne stało się tak, że do klubu weszliśmy jak Arkona odgrywała „Prometeusa”. Postanowiłem nie stać w kolejce po piwo, tylko jednak coś z tego koncertu dla sobie wynieść. Wyniosłem dokładnie pół „Prometeusa” i całość „Pluję na twą marność psie!”. Brzmiało to dobrze. Jak Arkona na scenie się prezentuje to każdy wie. Zęby już na graniu na żywo pewnie zjedli, więc lipy nie ma. Czekam w końcu na te koncerty z całym „Imperium”. A i udało mi się zakupić ostatnią sztukę „Lunaris” na CD, co mnie bardzo ucieszyło. Moja kaseta już może lekko nie domagać… Bardzo się z płytą polubiłem po latach, choć na początku mi nie podeszła…

Warto też napisać o zmianie układu knajpy. Zdecydowanie na plus ten balkon, dwa bary i wielki magnetofon na wejściu. A jak z frekwencją? Temat dość obszerny. Na Arkonę wcisnąłem się tylko kawałek w głąb sali. Na Gehenna byłem w okolicy sceny, bo ulokowałem się tam odpowiednio wcześniej, natomiast na Morbid to mam wrażenie, że już sporo ludzi ubyło i zrobiło się znacznie luźniej. Można było stać w połowie sali, wyjść po piwo i wrócić bez większych przepychanek w to samo miejsce.

Sytuację nieco wyprzedziłem, ale wróćmy do właściwego kontinuum. Arkona zeszła ze sceny, ja poszedłem po piwo i postanowiłem się natychmiast ulokować w okolicach najbliższych sceny. Przerwa nie trwała długo, nawet tego piwa nie skończyłem dopić i na scenie zameldowała się norweska Gehenna. Dla mnie ten zepsuł to w zasadzie trzy płyty: „First Spell”, „The Second Spell” i „Malice”. Reszta ok, akceptuje istnienie tych wydawnictw, ale nie do końca jestem fanem. Dlatego też ucieszyła mnie informacje, że ich występ w Krakowie został określony, jako specjalny Spell set. I zajebiście i się zaczęło. Fajny klasyczny wizerunek, bardzo dobrze brzmienie, to od razu rzuciło się w oczy i w uszy. Jeśli chodzi o numery to wiadomo, na czym się skupili. Dla mnie super, że poleciały np. „Unearthly Loose Palace”, „Morningstar” czy „The Shivering Voice of the Ghost”. O chyba się wydało, które wydawnictwo jest moim ulubionym… Ale drugi Spell też super wybrzmiał. Ciekawostka. Był też jeden numer z „Malice”, czyli „Touched and Left for Dead”. Dla mnie super sprawa i dość mocna podróż w przeszłość do czasów, kiedy zaczynałem poznawać tą muzykę. Może Gehennę z czasem nieco zaniedbałem i zacząłem słuchać innych rzeczy. Może brzmi to w roku 2026 nieco archaicznie, ale naprawdę daje to radę. Ja cieszyłem się jak dziecko tą godziną z kawałkiem. Mimo że to black metal, mimo że powinno się robić złowrogą minę, ja miałem cały czas uśmiech na twarzy. Bardzo dobry koncert i niezmiernie się cieszę, że udało mi się na nim być.

Koniec i czas na piwo. Poszedłem sobie też zerknąć na galerią prac oraz spotkałem paru znajomych, z którymi zamieniłem kilka zdań. Chwile przed koncertem ruszyłem pod scenę, ulokowałem się mniej więcej w połowie sali i czekałem. Zaczęło się do tego, że ktoś we mnie wpadł, już miałem szturchnięciem łokcia wytłumaczyć, że do młyna to w przeciwną stronę, a w ogóle to jeszcze nic nie grają. Patrzę za siebie, a tam koleś z latarnią i typ w trumnie. Zajebiste to było i świetny pomysł na rozpoczęcie koncertu. Widziałem już gdzieś, że tak robili, ale mimo wszystko mnie to zaskoczyło. Wnieśli go i się zaczęło. Zajebisty archaiczny black metal, zagrany z niesamowitą werwą. Widać, że typy mają już swoje lata, ale mimo wszystko było naprawdę żywiołowo. Muszę jednak się do czegoś przyznać: Morbid to nie był dla mnie główny magnes, który przyciągnął mnie tego wieczora do Krakowa. Morbid to kapelą, którą należy znać, ale ja ich nie słucham jakoś za bardzo na co dzień i mój stosunek do nich nie jest obarczony jakimkolwiek bagażem emocjonalnym. Pomijając to wszystko uważam, że koncert odjebali fantastyczny. Że im się nadal chce, że potrafią i że wychodzi to zajebiście, to moje wielkie gratulacje. Grali pewnie godzinę. Oglądało mi się ten koncert świetnie, choć miałem przerwę na kibel i zakup piwa. Ludzi zdecydowanie ubyło…
Po koncercie jeszcze jedno piweczko i zbieramy się na kwadrat. Dobrze, że tam byłem, żałowałbym jak bym odpuścił.




