Skip to main content

Wydawca: Soulseller Records

Ależ to zleciało – ich wcześniejszy krążek ukazał się niedługo przed pandemią. A przecież z dzisiejszej perspektywy to jak całe eony. A ja czekałem, bo od „Kaiserschnitt” Porta Nigra ma gwarantowane miejsce na mojej półce.

Weltende” kontynuuje drogę obraną na „Schopfungswut”, czyli mniej tutaj eksperymentalnej dekadencji znanej z krążka numer dwa. Ale cały czas jest bardzo dobrze. Black metal z głową – tak lubię myśleć o twórczości Porta Nigra. Zespół utrzymał poziom z poprzedniej płyty, ale nie wiem czy jest to album lepszy czy też nie.

Pod względem liryków zespół cały czas porusza się w tematyce fin de siècle, Pierwszej Wojny Światowej, niespokojnego przełomu wieków. Teksty w języku niemieckim nie są dla mnie do końca zrozumiałe, jednak wyłapuję kontekst – generalnie dotyczą tumultu Wielkiej Wojny. Muzycznie – jest eksperymentowane, mniej więcej w stylu poprzedniczki, ale już bez stricte dekadenckich odjazdów, co zwiastuje nam nawet sesja zdjęciowa. Nie dostajemy już zdjęć w sepii, stylizowanych na wczesnodwudziestowieczny wyszynk, gdzie leją absynt. Ot, zwykłe zdjęcie dwóch głównych filarów zespołu.

Jak natomiast całość ma się pod względem muzycznym? Bardzo dobrze. Mamy tutaj melodie, część kipiących przy tym gniewem, część zwątpieniem i rezygnacją, co moim zdaniem wspaniale oddaje emocje kojarzące się z tamtym okresem w historii. Cześć riffów jest bardzo jadowitych, kąsających – część natomiast pozoru nieprzystających do konceptu. Posłuchajcie sobie „Verlorene Paradisee”, gdzie czuć ducha połamanych kompozycji Voivod. Słychać, że Porta Nigra nadal nie jest zainteresowana w graniu typowego black metalu, że pomimo skierowania swojej muzyki na bardziej konserwatywne tory cały czas szukają odpowiednich dla siebie środków wyrazu.

Różnorodnie jest też w kwestii wokali – w miarę czyste skandowanie lub wręcz mówione/krzyczane fragmenty (przywodzące na myśl przemowy radiowe lub lub głos lektora z jakiejś opowieści), nie uświadczycie tutaj typowego black metalowego skrzeku – moim zdaniem ni chuja by tutaj nie pasował. Nowością są tak naprawdę dwa rodzaje wokali, gdyż Porta Nigra dorobiła się nowego gardłowego. Moim zdaniem jest to posunięcie bardzo in plus.

Całości dopełnia okładka, bardzo dobrze oddająca klimat płyty. Jest agresywna i gwałtowna, ale w jakiś sposób romantyczna lub – jak kto woli – straceńcza. Osobiście – jestem usatysfakcjonowany tą płytą. Porta Nigra utrzymuje cały czas bardzo dobry poziom i liczę, że to się już nie zmieni.

Ocena: 8/10

Oracle
16676 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

One Comment

  • Tom pisze:

    Rzadko się zdarza żeby dwie kapele miały identyczny temat okładki…ale w tym wypadku kanadyjski Panzerfaust był pierwszy.

Skomentuj