Wydawca: Wolfsvuur Records
Użyję to takiej mało poetyckiej metafory, że ten księżyc to chyba zaćmiony jest. Niby to fajne, ale ile tak może być, a przecież jak się skończy to i tak nikt o nim pamiętał nie będzie. Chyba, że jest romantykiem, wyrywa na księżyc dupy, albo jest astronomem, który interesuje się nim z musu.
I tak to na moje oko właśnie jest z pierwszym długograjem australijskiego Moon. Pomysł może i jest. Połączenie hipnotycznego blacku z elementami ambientu. Całość przywodzi na myśl okultyzm, czy inna wiccę, (takie ogólne skojarzenie mam przy tej płycie). Do tego zajebisty pomysł ze schowaniem wokalu pod efektem echa. Powinni robić tak wszyscy metalowcy, którym tylko się wydaje, że potrafią ryczeć, skrzeczeć, albo co gorsza czysto śpiewać. Tylko, że po tej chwilowej fascynacji zastanym obrazem, włączamy mózg. I wtedy pojawia się problem. Okazuje się, że z tego hipnotycznego blacku wieje tak naprawdę ogromną nudą. Klawiszowe wstawki zaczynają co bardziej wkurwiać swoją prostotą i brakiem pomysłu. Tylko wokal dalej pozostaje niewzruszony, ale w zasadzie i tak go przecież nie słychać. I w sumie ja o tej płycie zapomnę już za parę dni, aczkolwiek na pewno znajdą się tacy którym się spodoba na dłużej, będą wyrywać na nie „mroczne-niewidoczne”, bądź po prostu zbierają takie „perełki”. I to w zasadzie tyle co miałem do powiedzenia na temat tego krążka.
Tytułem zakończenia powiem tylko tyle, że nie jestem wrogiem tego typu muzycznych potworków. Natomiast uważam, że umiejętne połączenie tych dwóch gatunków musi być zrobione z jakąś wizją, lub chociaż pomysłem. A tu nawet ta pozorna duszność dźwięków nie istnieje, bo wieje. Nudą.
Ocena: 3/10
Tracklist




