Z notki promocyjnej: „„Three Times Ten” to debiutancki album Damask, oparty na pomysłach gromadzonych przez ostatnie 20 lat. Każdy z ośmiu utworów na nim zawarty to osobna opowieść. Są tam rozważania na temat fascynacji religią i zaślepienia nią, strach przed śmiercią i godzenie się z jej nieuchronnością, kłamstwo i oszukiwanie samego siebie, czy też szaleństwo towarzyszące nam przy próbach zrozumienia świata.”
I – panieborzejezuchryste – słyszę dokładnie, że to są pomysły z dwudziestu lat, zebrane do kupy, bez żadnej segregacji, po prostu jak leciało.. Dawno już nie słyszałem płyty, która byłaby tak patchworkowa, w złym znaczeniu tego słowa. Każdy numer tutaj brzmi jak wyjęty z innego wydawnictwa. Ba, jak od innego zespołu. Gdzieś tam niby osnową jest doom metal, do którego doklejono wszystko co się dało: jakieś średniowieczne motywy, folkowe rzępolenie, ogniskowo – akustyczne brzdękanie, kwasowaty rock’n’roll, horror rocka, shredowanie, kurwa new romantic… Najbardziej rozjebało mnie chyba to śpiewne „lalalalalala” w połowie płyty mniej więcej. To samo tyczy się wokali – dostajemy tutaj cały przekrój, normalnie kurwa wszystkiego, black metalowych shrieków, falsety jak od Kinga Diamonda, śpiew jak u Bee Gees, niskie ponure zawodzenie, „wokale szaleńca” – dejcie miskę, będę rzigoł.
Że też ktoś pomyślał, iż to wszystko będzie do siebie pasowało i zdecydował się wypuścić na krążku, który ludzie powinni nabyć za ciężko zarobione pieniądze… To chyba świadczy o totalnym braku samokrytyki i zwyczajnego poczucia wstydu. Na okładce mamy chyba pół facjaty odpowiedzialnego za ten projekt Weno Wintera – i jeśli to prawda to ja pierdolę, ależ kombo.
Idźcie mi z tym w cholerę, dawno mnie już żaden krążek nie zirytował swoim przeintelektualizowaniem i pozowaniem na eklektyczność jak „Three Times Ten”. Tragedia, stracone półtorej godziny życia (bo miałem jaja i odsłuchałem to trzy razy, tak jak tytuł sugerował).





