Wydawca: Season of Mist Records
Zespół Nargaroth dał o sobie zapomnieć. Przypomnieniem o istnieniu tego hordes było ogłoszenie ich, jako jednego z uczestników nowego festu na polskiej mapie, czyli Death Ceremony. Nowa płyta się napatoczyła, myślę: „sprawdzę”.
„Apocalyptic Steel” od początku wywołał nieco mieszanie uczucia w mojej głowie. Już sama okładka raczej może kojarzyć się z heavy metalem, a nie z black metalem. Jakoś tak za kolorowo… Ale wiadomo: nie po okładce ocenia się płytę, ale po jej zawartości. I pierwsze trzy numery to faktycznie rasowy black metal, choć niepozbawione pewnych naleciałości. Szczególnie „I Drink Alone” mi wpadł i w ucho za sprawą fajnego riffu, który ciężko mi było wyrzucić z głowy. Jedyne, do czego się muszę przyjebać w tej początkowej fazie płyty, to solówki. Nie podobają mi się i wydają się być wręcz irytujące. Kolejny numer, czyli „Metalheart” zaczyna się mocnym heavy akcentem i bardzo mi się kojarzy z Destroyer 666. Potem zaczyna się robić dziwnie, bo kawałek „Dresden” to w ogóle nie jest metal. Numer jest rockowy z czystymi wokalami, niby spoko, ale zdaje się tu pasować jak pięść do nosa. Dla mnie obdziela on pewną wyraźną linią tą lepszą, od tej gorszej połowy „Apocalyptic Steel”. A co dalej? A np. „Shelter the Faithless”, który to numer na początku ma wajb Dead Congregation, ale dość szybko ta energia się wypala… Szkoda. Ostatnie dwa numery jakoś mnie nie porywają, choć jakbym miał wskazać lepszy z tych dwóch to chyba „Requiem Germania” aspiruje do miana takiego epickiego zamykacza, ale też to nie do końca wychodzi.
Mimo moich narzekań, nie jest to totalnie zła płyta, ale na pewno poprzednicza, czyli „Era of Threnody” podobała mi się bardziej. Tu mam wrażenie, że czegoś brakuje, jakiegoś wykończenia, szlifów, które by to dopieściły, pewnych drobnych zmian, które wyniosłyby tą płytę wyżej niż przeciętność. Nie jest źle, ale raczej bez powrotu, chyba że przed koncertem postanowię sobie odświeżyć.





