Wydawca: My Graveyard Productions
Nigdy nie byłem wielkim fanem Manilla Road w tym sensie, że nie znałem każdej daty z trzydziestojednoletniej historii zespołu, ani nie wydziergałem sobie na plecach motywu z okładek ich płyt. Jednak cenię sobie ich muzykę, więc z zaciekawieniem wziąłem się za ich nowy album – „Voyager”.
Jak wszyscy doskonale wiedzą, Manilla Road porusza się w gatunku zwanym epic heavy metal. I ja się w 100% podpisuję pod tym stwierdzeniem. Ja właśnie taki heavy metal lubię, a nie jakąś ciamciaramcię w zbrojach. Muza ekipy Sheltona ma świetny klimat, jest surowa, a konsekwencja to jej trade mark. Właśnie, a propos „surowa” – jeśli jesteście przyzwyczajeni do słodkiego brzmienia w kolorze pink, to na „Voyager” możecie się zawieść. Ostatnia płyta Manilla Road nadal brzmi tak, jakby nagrywano ją w połowie lat osiemdziesiątych zeszłego millenium. Dla mnie to olbrzymi plus. Sama muzyka też nie wiele się zmieniła. Patetyczne, podniosłe granie. Z ciężkimi (jak na hejwi) gitarami. Raczej średnie i wolne tempa, a jedyny naprawdę przyspieszony kawałek to „Conquest”, który jest też zarazem najkrótszym – cztery i pół minuty. Dużo miejsca w porównaniu do poprzednich albumów zajmują tu akustyczne akcenty, prawie balladowe kawałki jak na klasycznych gitarach jak „Tree Of Life”. Do charakterystycznych wokali Sheltona doszły chwilami niemal growlowe (oczywiście z umiarem) elementy, których też wcale nie ma tak mało. Reszta jest w gruncie rzeczy taka, jaką pamiętamy z choćby „Open The Gates”. Z małym wyjątkiem. Najnowszy album w mojej opinii jest nierówny. Gdy zespół gra mocno i heavy metalowo, jest w porządku, ale wolne i akustyczne wstawki powodują, że mimo, iż dopiero wczesne popołudnie, to chce mi się spać i nic na to nie poradzę. Po prostu mnie nudzą. Ale to tylko moje zdanie, z którym inni mogą się nie zgodzić. Ja dotychczas czytałem tylko jedną recenzję tego materiału w „innym (jasne, ciekawe pod jakim względem) magazynie muzycznym” czy jakoś tak, gdzie Amerykanie zyskali prawie maksymalną notę. Mi jednak „Voyager” aż w takim stopniu nie przypadł do gustu.
Manilla Road mają w swej dyskografii lepsze krążki, niż „Voyager”. Mimo to nie jest to zły album, jednak ja jakoś nie mogę się do niego do końca przekonać. Gdyby w ChaosVault była skala ocen, to piętnasty krążek zespołu z Kansas znalazłby się mniej więcej w trzech czwartych części podziałki. Najlepiej sami sprawdźcie.
Ocena: 7/10
Tracklist:
| 1. | Tomb of the Serpent King / Butchers of the Sea | ||
| 2. | Frost and Fire | ||
| 3. | Tree of Life | ||
| 4. | Blood Eagle | ||
| 5. | Voyager | ||
| 6. | Eye of the Storm | ||
| 7. | Return of the Serpent King | ||
| 8. | Conquest | ||
| 9. | Totentanz (The Dance of Death) |



