Wydawca: Ketzer Records
Kurde, rozdartym niczym brzoza (ta od Żeromskiego, nie Kaczyńskiego). Bo z jednej strony takich zespołów jest setki, żaden z nich nie przebije się z tyłów drugiej ligi do pierwszej. A jednak czasem można posłuchać takiego Horncrowned.
Niedawno wypuścili oni swój nowy, czwarty krążek. Trzymają się na nim black metalowego rzemiosła mniej więcej tak mocno jak panowie z Państwowej Komisji Wyborczej trzymali się swoich stołków. Już sam tytuł – „Defanatus (Diaboli Adventus)” jest jakby nieco oklepany. Muzycznie – black metal, do bólu przewidywalny. Każdy dźwięk zagrano setki razy. Mimo to – Kolumbijczycy jakimś cudem iluś tam tych fanów mają. Dla mnie jednak Horncrowned to taka kwintesencja black metalu z Ameryki Południowej, gdzie własna tożsamość w zasadzie sprowadzona jest do niezbędnego minimum, a sam sposób wykonania ociera się czasem wręcz o groteskę. Horncrowned po prostu oparło tutaj się o znane i lubiane płyty Marduk – „Panzer Division Marduk” czy „Heaven Shall Burn When We Are Gathered” to panowie z zespołu pewnie znają na pamięć od każego momentu, wspak i co drugi ton. I fajno, ale problem leży w tym, że ten album przelatuje może i jak zaciężna brygada w corpsepaintach, ale kurwa z kilometr ode mnie – o wichrze armagedonu mogę jedynie pomarzyć, co najwyżej lica me muśnie li tylko lekka bryza nienawiści. Zresztą nie chcę być złośliwym, ale właśnie takimi albumami Ketzer Records utrzymuje mnie w przekonaniu, że ich domeną są zespoły drugiego lub trzeciego sortu, dokładnie jak Horncrowned.
No nic to, Kolumbijczycy pograli, pośpiewali, objebali gałę Szatanowi i nagle się skończyło. Nie pamiętam z tego nic, poza tym że było solidnie i bardzo przewidywalnie zarazem.
Ocena: 6/10
Tracklist:



