Wydawca: Art Gates Records
Wiecie co jest śmieszne? Jak wytwórnie piszą obrażone, dlaczego ich wydawnictwa są oceniane tak nisko. No bo wydajecie słabe rzeczy najwyraźniej. Albo robicie chujowy research i wysyłacie promówki nie tam gdzie powinniście.
Bo co ja komu zawiniłem, że przychodzi mi do recenzji takie Heleven? Zaszczepiłem się, segreguję śmieci, pomagam niepełnosprawnym i bezdomnym pieskom, a tu kurwa ląduje taki album z adnotacją „for review purposal only”. No raczej go nie mam komu sprzedać. „Into the Ocean” zaczyna się jak Godsmack, za którym nie przepadam, a potem to już lecimy ostrą muzą z Viva. Nie za bardzo wiem, do czego porównać muzykę Heleven, bo po prostu takiej nie słucham. Ot, ciut ostrzejsza Coma? Kurwa, nie mam pojęcia. Schemat: mocny riff – mocny wokal – downtempo – krzyk – melodia – krzyk – mocny riff – melodia i tak całą płytę. Ni cholery to do mnie nie przemawia, bo ani to mocne, ani smutne, ani nic. Do tego tutaj poupychamy akustycznych gitar, tam elektroniki, któryś z tych numerów musi zażreć i podbijemy szturmem listy przebojów w Hiszpanii. No ja im życzę powodzenia, ale jeśli zależałoby to ode mnie, to jestem na nie. To jest taki mocniejszy rock. I ja lubię rock, ale nie taki. Typy wyglądają na sympatycznych, ale co mnie to obchodzi z drugiej strony. Ten album nie trafił tam gdzie powinien i efekty są jakie są.
Przepraszam, że zająłem Wam czas tą recenzją. To i tak Was nie zainteresuje, no ale przysłali to sami wiecie… A na kupce jeszcze trzy promówki od nich. Olaboga…
Ocena: 3/10





Godsmack jest świetny do samochodu 🙂