Wydawca: Urealis-Tuotanto / Iron Bonehead Productions
Obrodziło nam paskudnymi podziemnymi zespołami z death metalowej półki pod koniec roku. Niedawno zrecenzowałem choćby takie Fessus czy Celephais, a teraz Gravetaker. A jako, że niniejszy materiał to demo – przejdźmy od razu do clue.
Finowie zamieścili na nim pięć kompozycji, wcale nie najkrótszych bo łącznie trwających ponad trzydzieści pięć minut. I tak, muzyka grupy z Oulu jest dzika w chuj. Zaryzykuję stwierdzenie, że z tych trzech wymienionych grup – u nich piwnicy i Diabła to jest najwięcej. „Sheer Lunacy” brzmi bardzo podziemnie – źle, czyli dobrze. Materiał ma sound jakby sesja nagraniowa składała się z dwukasetowego jamnika oraz dwuosobowego zespołu. Niczego więcej. Nie wiem dlaczego, ale od pierwszej sesji ten materiał przywodził mi na myśl „Severe Abominations” od Treblinki. Może jeszcze bardziej dzikie, bo jednak u Szwedów we wszystkim było ciut więcej melodii. Tu też jest, ale równocześnie całość brzmi w chuj oldskulowo i prymitywnie i zastanawiam się, ile lat mają muzycy stojący za Gravetaker. Dużo robi też wokal – co typ sobie zdziera gardło to ja pierdolę. Esencja jebanego metalu, tyle Wam powiem. Wraz z wersami wyrzyguje duszę i serce. To chyba dobrze, nie?
Prymitywizm to słowo, które przelatuje mi przez głowę co chwila, podczas słuchania „Sheer Lunacy”. Choć słuchając takiego „Revelation” kończącego niniejsze demo raczej słyszę dziką Australię i zespoły w stylu Destroyer 666 – tylko z dalece paskudniejszym brzmieniem. Więc powiedzcie mi, jak mam przejść koło Gravetaker obojętnie? To są demówki, którymi mogę się katować non stop – ba! Ja żałuję, że zespoły odeszły w ogóle od instytucji demo na rzecz wszystkiego innego. A przecież demo tak wiele wybacza – potknięcia, niedociągnięcia, naiwności. Gravetaker brzmi jak naiwne szesnastolatki z przełomu lat osiemidzesiątych i dziewięćdziesiątych, które właśnie wchodzą w hałas i nie zdając sobie z tego sprawy tworzą coś co ludzie będą wspominać długo. Czyż może być lepiej?
Więc ja jestem w chuj na tak. Zainteresujcie się nimi, zanim ktoś inny to zrobi i już nie będziecie „tymi pierwszymi” którzy nonszalancko wymieniają ich nazwę w rozmowie o nowościach.





Clou nie clue. Czuwaj!