Wydawca: Dark Descent Records/Me Saco un Ojo Records
Turecki Diabolizer zawsze ma specjalne miejsce w moim serduszku. Bezkompromisowi, szczerzy w tym, co robią i wkładają w to sto procent serca. Ich poprzedni album, „Khalkedonian Death”, ustawił poprzeczkę niezwykle wysoko, dlatego też ciekawiło mnie, jak te zuchy podejdą do kwestii nowej płyty. I jak się okazało, warto było czekać.
Pierwsze, co się rzuca w oczy, to okładka. Żadne chujowe srAI, ale przedojebany obraz od Dechristianize Art i człowiek już wie, że zawartość nie tylko obiecuje soczysty, wpierdol, ale będzie to wpierdol z najwyższej półeczki. Nie ma przydługich wstępów, oklepanych sampli, tylko już od samego początku wjeżdża solidna bomba na twarz, a następująca po niej młócka nie zatrzymuje się nawet na moment. Najlepsze jest to, że nie ma tu jednego, konkretnego, przodującego elementu. Każdy z nich, dopieszczony maksymalnie, wybrzmiewa doskonale i ma swoje miejsce, kreując razem apogeum zniszczenia. Cieszy mnie to, że wszystko zostało podciągnięte o poziom wyżej. Riffy smagają nieustannie, robiąc sobie przerwę jedynie po to, by sprzedać tłustą solówkę (jak np. w „Seeds of The Dethroned”), co podbija nawałnica perkusji. A nad wszystkim góruje ciężki, grobowy wokal Abominationa. Sądziłem, że na poprzedniczce osiągnięto apogeum formy, a tymczasem dało się lepiej!
Nie dostrzegam tu jednocześnie wad. „Murderous Revelations”, to już nie tylko zajebisty death, ale sięgnięcie po poziom światowy. Tą płytą Diabolizer udowadnia, że pora wbić na przestwór muzycznego oceanu i spuścić wpierdol na skalę globalną. I bardzo, kurwa dobrze.
Pozycja obowiązkowa w tym roku!




