Wydawca: Willowtip Records
Albo taki Devangelic z Włoch. Nie słyszałem żadnej ich płyty jak dotąd, a muzyka jakby znajoma. No bo kto z Was nie słyszał takiego „Black Seeds of Vengeance” na przykład.
Zaspojlerowałem już na początku, taki jestem chuj. Z drugiej strony, może ktoś z Was już miał styczność z Devangelic i żadnego zaskoczu nie było. Tak, Włosi silnie inspirują się brutalnym death metalem, a pierwsza nazwa jaka przychodzi mi do głowy to Nile. Wiele rzeczy jest podobnych – brzmienie, kompozycje czy wokal. Pewnie jakby powstawiał u nich egpiskie fragmenty, to miałbym trudność z odróżnieniem (ale gwoli ścisłości pod koniec ”Famine of Nineveh” mamy taki motyw jak w mordę Sfinksa strzelił). No ale z drugiej strony jakimś ultra fanem Nile nie jestem – więc może przez to. I żeby było jasne – nie zamierzam zarzucać Devangelic plagiatowania. No taki mają styl i co zrobisz. Szczególnie, że jakoś mi to bardzo nie przeszkadza – ten „Xul” to fajny album całkiem. Przynajmniej dla mnie, który z brutal death metalem to wybiórczo, ale czasem lubi sobie dojebać takim ochłapem. Wówczas nie zawsze mam chęć na coś z klasyki, a lubię sobie obczaić jakieś zespoły, których nie znam. I stąd też zdecydowałem się na recenzję Devangelic. Po kilku odsłuchach, które uznałem za wystarczające, myślę że to jest solidny i dobry album. Nic mniej i nic więcej. Osadzony mocno w jednej konkretnej stylistyce i inspiracjach i albo to bierzecie, albo szukacie dalej.
Podejrzewam, że jest tu sporo osób które jednak biorą i wcale się im nie dziwię. „Xul” może jak najbardziej przypaść wielu słuchaczom do gustu.
Ocena: 7/10




