Wydawca: Season of Mist Records
No to tak… Ja naprawdę bardzo lubię Deströyer 666, może nie jestem ultra die hardem, ale cholernie doceniam ich muzykę. Z drugiej strony – jak zjebią, to umiem powiedzieć to jasno.
W sumie to pewnie maniacy Australijczyków za chwilę zrobią mi koło dupy, no ale cóż – jak to mówi Jan Tomaszewski „ja swoje zdanie mam i się z nim zgadzam”. Inni nie muszą. Odsłuchałem tę EPkę wielokrotnie i muszę powiedzieć, że jest po prostu dość przeciętna – oczywiście jak na Deströyer 666. Australijczycy co prawda w dalszym ciągu są na poziomie o którym inny mogą sobie pomarzyć, ale patrząc na ich wcześniejsze wydawnictwa, to „Call of the Wild” wypada dość blado. Z tych 4 numerów najlepszy jest ostatni na minialbumie. Są w nim moc, duma, barbarzyńska wzniosłość – charakterystyczna dla Deströyer 666. Szkopuł w tym, że to ponownie nagrany „Trialed by Fire”. Pozostałe trzy są co najwyżej dobre – „Violence is Golden” i tytułowy ciut lepsze od takiego „Stone by Stone”. Z jednej strony wszystkie są agresywne, szybkie, przepełnione czarnym, mocno speed metalowym duchem. Z drugiej – no jakoś brak im diablej iskry i na dłuższą metę te kawałki po prostu przelatują przez odtwarzacz. Gdy trwają – nie odczuwasz większej ekscytacji. Co prawda noga chodzi, głowa chodzi, ale tak bez wyjątkowego zaangażowania. A gdy się kończą, niewiele po nich się zapamiętuje. Na pewno daleko mi do grania na powietrznej gitarze podczas słuchania tej EPki. A za ten bohomaz na okładce to naprawdę należy się im bura…
Trochę szkoda, ale takie są moje odczucia względem „Call of the Wild”. Może to tylko wypadek przy pracy, pożyjemy i zobaczymy. Podejrzewam, że na dniach większość z Was przewałkuje ten materiał na lewą stronę i wyrobi sobie swoje własne zdanie.
Ocena: 6,5/10
Tracklist:
| 1. | Violence Is Golden | ||
| 2. | Stone by Stone | ||
| 3. | Call of the Wild | ||
| 4. | Trialed by Fire |





Muzyka muzyką, ale okładka jest genialna. Dawno żadna mi się tak nie podobała.