Wydawca: Selfmadegod Records
Nazwa tego zespołu gdzieś tam w mojej głowie funkcjonowała, ale bardziej jako poboczny projekt w którym to udzielali się perkusista i gitarzysta TEHACE – ekipie, której kibicowałem od momentu , jak ich pierwszy razy usłyszałem. Tak się jakoś jednak porobiło, że mam możliwość przesłuchania drugiego krążka Calm Hatchery, który to stał się jednak pełnoprawnym tworem muzycznym.
I tak oto album ten zagościł w moim, nieco już wysłużonym, odtwarzaczu. I mam zgryz, przyznam szczerze. Bo to kolejna świetna i polska death metalowa produkcja. Po raz kolejny pokazujemy metaluchom zza dowolnej granicy, że kraj nasz może biedny, ale dumny i śmierć metalem stoi. Po raz kolejny nasi rodacy pokazują, że umiejętności mają. Riffem mocarnym przypieprzyć potrafią , a i solówkę taką walnąć, że się ręce składają same do oklasków, czy innych diabełków. Po raz kolejny również nie wolno zapomnieć o wokaliście, który to oczywiście udowadnia, że mamy w naszym kraju stalowe gardła. Po raz kolejny również dostajecie, moi drodzy maniacy technicznego grania do rąk płytę, dopracowaną pod każdym względem i z dopieszczonym każdym szczegółem, która do tego zabija swoim brzmieniem. Zresztą po raz kolejny to bracia Wiesławscy są za nie odpowiedzialni i… właściwie nie trzeba już nic więcej pisać. Po raz kolejny mamy do czynienia z płytą w przypadku której dokładnie wiemy, gdzie szukano inspiracji przy jej tworzeniu. Jedna z nich – tych muz znaczy – była nawet ostatnio w Krakowie. I po raz kolejny, kurwa, muszę napisać/ powiedzieć/zamarudzić, że mi czegoś tu brakuje. Nie w kwestii umiejętności poszczególnych muzyków, czy dźwięków jakie sprokurowali na tej ponad 36 minutowej płycie. Wszystko jest tip top. Tylko, że mi się to chyba już po prostu przejadło. Brakuje mi iskierki nowości, płomienia zmian. A może po prostu jestem pieprzonym malkontentem.
Dla wszystkich miłośników technicznego śmierć metalu to pozycja obowiązkowa. Nawet się przyznam szczerze nie zdziwię, jeśli ten album spowoduje, że chłopaki zostaną rzuceni na głęboki przestwór death metalowego oceanu. Mam tylko nadzieję, że potrafią dobrze pływać i rozpychać się łokciami.
Ocena: 8/10 (bo niżej nie wypada nawet)
Tracklist:
| 01. | Rattlesnake’s Dream | ||
| 02. | Sea of Truth | ||
| 03. | Messerschmitt | ||
| 04. | We Are the Universe | ||
| 05. | Mirror Giants | ||
| 06. | Hymn of the Forgotten | ||
| 07. | Them | ||
| 08. | Lost in the Sands | ||
| 09. | Those Who Were | ||
| 10. | Shine for the Chosen One | ||
| 11. | The Blood of Stalingrad |




