Chyba jeszcze nie maiłem okazji recenzować żadnej kapeli z Nowej Zelandii, więc dziś będzie ten pierwszy raz. Trochę to jest naciągane, bo według popularnej w pewnych kręgach encyklopedii chłopaki już jakiś czas temu przenieśli się do UK, ale co tam. Liczy się miejsce pochodzenia.
Nie będę ciągnął powtórki z geografii a zajmę się muzyką kapeli o nazwie Barshasketh. „Ophidian Henosis” to ich najnowsze wydawnictwo i zarazem pierwsze, z którym miałem styczność. Pierwszy odsłuch nie wywołał u mnie absolutnie żadnej reakcji. Ta muzyka spłynęła po mnie jak sperma po twarzy Sashy Grey. Black metal serwowany przez tę ekipę to książkowy wręcz przykład muzyki bezpłciowej. Nie dość, że jest to nijakie to jeszcze bardzo powolne, co sprawia, że czas spędzony z odsłuchem tej płyty dłuży nam się niemal podwójnie. Niby wszystko jest ok, ale słuchając tego materiału mam podobne odczucia jak w przypadku spożywania piwa lech (umyślenie i z premedytacją piszę tę nazwę z małej litery), które ostatnio przypadkowo wpadło mi w łapy. Jest zimno, pić się chce. Otwieramy puszkę, pociągamy solidny łyk i co czujemy? Kompletnie nijaki w smaku napój gazowany bez wyczuwalnego aromatu chmielu, bez zapachu. Ot woda, piana, kolorek i rozcieńczony piwny posmak. To tak jak z trzecim długodystansowym wydawnictwem Barshasketh.
Black metal, ale jakiś taki bez polotu. Nagrany dla samego nagrywania. Ale żeby nie było, że jestem takim malkontentem, to napisze, że okładka bardzo ładna, ale że nie szmata (przepraszam: szata) zdobi człowieka a okładka płytę, więc ocena będzie tak samo neutralna, jak muzyka na „Ophidian Henosis”.
Ocena: 5/10
Tracklist:
| . | Ophidian Henosis I | ||
| 2. | Ophidian Henosis II | ||
| 3. | Ophidian Henosis II | ||
| 4. | Ophidian Henosis IV | ||
| 5. | Ophidian Henosis V | ||
| 6. | Ophidian Henosis VI | ||
| 7. | Ophidian Henosis VII |





