Wydawca: Sorry State Records
Ależ mi brakowało takiego strzału w tym roku. Pewnie, jest sporo kapitalnych płyt, ale odczuwając głód metalpunka człowiek poszukiwał czegoś świeżego, a dobrego. A żądzę mą zaspokoił w pełni nowy album Zorn.
„Return to Castle Death”, to drugi pełniak amerykanów, którzy, jak wspomniałem, parają się metalpunkiem, z tym jednak, że nie jest to kolejny klon Toxic Holocaust, a sporo w tym swojej dłubaniny.
Jak już otwierający kawałek wita riffem walącym tęgo Bonehunter, by przejść jednak w dziką łupankę. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że to jakaś prosta łupanka. Pewnie, jest solidny wpierdol na ryj, aż zęby lecą, jak konfetti na koncercie Behemocza, ale riffy są naprawdę zróżnicowane. Potrafią z jednej strony klepać po masce, z drugiej np. w takim „Curse of The Black Witch” przechodzić w podstępny motyw, który przewija się przez cały kawałek. Do tego rewelacyjna praca perkusji i ten krzycząco – charczący wokal. I bas, który jest tu niemal równie soczysty jak riffy. Najbardziej właśnie lśni, w mojej opinii we wspomnianym „Curse …”, gdzie zajebiście toruje drogę dla riffów. Całość pełniaczka spina do tego wybitnie dobry, ostatni utwór „Guest of the Mad Prince”, w którym pobrzemiewają mi trochę echa Whisky Ritual, przy czym te amerykańskie świry dołożyły tam jeszcze klawisze. I nie jakieś pitu pitu casiometal, ale całkiem szalona partia dorównująca reszcie wesołej ekipy.
Dźwięk żyleta jest na tej płycie. Słychać każdy niuans, co mocno cieszy, bo łatwo tu postawić na zbytnią surowiznę, a odrobinę większe dopieszczenie dźwięku odarłoby go z tej warstwy Diabła.
Wada jest tylko jedna: ta płyta jest stanowczo za krótka. Dwadzieścia minut to teraz trwają demówki, a tutaj pełniak. Wincyj! Wincyj metalpunka!
Dokurwiona dzicz. Absolutnie polecam.




