Wydawca: Prophecy Productions
Kiedy w (zg)redakcyjnym gronie padło pytanie, kto reflektuje na nowego Mortiisa, to zgłosiłem się. Nie pamiętając zbytnio, że onegdaj twórczość Goblina Metalu, gdy zaczynałem swoją drogę ścieżką lewej ręki, nie siadła mi zbytnio. Tymczasem obecny album, to dość mocny skręt w nowocześniejsze rejony, które na początku niemiłosiernie mnie odrzucały, ale z czasem się przemogłem i dostrzegłem w tej płycie sporo dobrego.
„Ghosts of Europa”, to jedenasty (o faken) album w dorobku Mortiisa. Przyznaję, zanim spojrzałem na okładkę, to sądziłem, że nadal to będzie dungeon synth, tymczasem muzycznie, na dzień dobry dostajemy bardzo osobliwą wariację Enigmy. Nie wiem, czy ten styl eksplorowany był już na poprzednich albumach, ale naprawdę brzmi źle i chujowo. Normalny wokal jeszcze ujdzie, ale jak wjechała wersja zmieniona syntezatorem, to omszałem z krindżu. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, że typ z takim dorobkiem artystycznym postawił na taką chujnię, tym bardziej, że na kawałkach Enigmy, to ja się wychowałem, więc ten pokracznie inspirowany nią styl wywoływał potężne skręcenie w precla z zażenowania. O dziwo jednak, im dalej w las, tym było lepiej. Już trzeci kawałek miał jakieś akceptowalne momenty, być może dlatego, że z czasem wjeżdżają wyraźne inspiracje Depeche Mode. Totalnym przełamaniem okazał się kawałek „Violent Silence” (notabene, na YT okraszony całkiem fajnym klipem, który jednak daje mi wrażenie wariacji klipu Inquistion). Jakby podlany schowanym wewnątrz gniewem, co bardzo dobrze robiło mi na uszy, i zdałem sobie sprawę, że utwór ten leci na repecie. Wybornie. Dalej nie jest lepiej, bo tego utworu nie przebito, ale od niego album staje się zaskakująco słuchalny.
O jednej z wad już wspomniałem, czyli wołające o pomstę do nieba inspirowanie się Enigmą. Drugą z kolei na pewno będzie fakt, że „Ghosts of Europa” potrafi znużyć. Ot, gra sobie w tle, jako czasoumilacz, ale w pewnym momencie trochę już człowiek ma dość tej elektroniki, bo nie wspomniałem jeszcze, że Goblin się rozpędził i dostajemy nieco ponad pięćdziesiąt minut grania. Za dużo, zdecydowanie.
Specyficzna płyta. Nie jest z całą pewnością słaba i myślę, że jako odskocznię od łomotu po łbie, część z Was może po nią sięgnąć, choć uprzedzam, że niekonieczne wejdzie od razu, jednakże polecam dać szansę. Spróbujcie.




