Nawet sobie nie zdajecie sprawy, ile podejść robiłem pod ten krążek. Workwhores dotychczas zespołem był mi zgoła nieznanym i po wielu, wielu sesjach odsłuchowych nadal nie potrafię o nim wiele powiedzieć.
Bo to co słyszę na „What the Pain Brought” totalnie rozmija się z moim gustem. Duet z Pabianic para się bowiem muzyką dziwną i eklektyczną, ale żadna z jej składowych jakoś do mnie nie przemawia. Najwygodniej będzie, jeśli określę ją mianem post metalu – to jest tak pojemna szuflada, że pasuje do niej niemal wszystko co jest trudne do zdefiniowania. U Workwhores mamy więc sporo balansowania na zasadzie – szybko i gwałtownie naprzemiennie z wyciszonym, stonowanym fragmentem. Mamy wybuchy wściekłości i mamy spokojne elementy. Mamy efemeryczne podróże gitarowe i mamy blasty. Brzmi jak coś ciekawego i może dla niektórych takim właśnie jest – mnie to cholernie męczy. Nie umiem znaleźć nawet jakiegoś porównania, które naprowadziłoby Was na to, czym jest Workwhores. Stąd też od lutego, kiedy to „What the Pain Brought” wylądowało w moim odtwarzaczu do połowy lipca, gdy czytacie te słowa, próbowałem ugryźć ten krążek na wiele sposobów i zawsze odbijałem się od niego. To nie jest muzyka dla mnie, nie wiem czy to jest muzyka dla Was. Ja jestem zaś szczęśliwy, że zabrałem się w końcu za recenzję tej płyty i że po prostu mam ją z głowy.
I zanim ktoś mi napisze, po chuj w ogóle recenzowałem skoro się nie znam – bo przyszła. Nie moja wina, że dostajemy też płyty nie leżące w polu naszych zainteresowań. Ta nie leży absolutnie, więc może zespół poczuje się skrzywdzony, ale nic na to nie poradzę – dla mnie płyta bez historii, przyprawiająca mnie jedynie o migrenę i wyrzuty sumienia.





