Wydawca: Piranha Music

Wolfpack Heading Nowhere to grupa, której pojawienie się na naszej scenie wywołało lekkie zamieszanie. Bo o to kilku doświadczonych muzyków zbiera się w kupie, by grać muzykę zdecydowanie inną, niż ta, którą parają się w swoich macierzystych zespołach. A wydaje ich jedna z prężniej rozwijających się wytwórni muzycznych.

Przyznam, że z uwagi na moje tyły w recenzjach, szczególnie gdy krążki dostaję mniej więcej w okresie premiery, trudno mi napisać cokolwiek odkrywczego. Wszystkie źródła i wpływy, które moglibyście odnaleźć na „Wolfpack Heading Nowhere” zostały zapewne wymienione wielokrotnie w recenzjach, które już zdążyliście przeczytać. Cóż mi pozostaje? Kilka słów o moich subiektywnych odczuciach i skojarzeniach, jakie wywołuje u mnie debiut tego kwartetu.

Przede wszystkim, jeśli bym słuchał tej płyty w latach, do których muzycznie się odwołują, a więc do przełomu tysiącleci (plus minus pięć lat), zapewne uznałbym ten album za zbyt melodyjny, gejowski (tak, tak się wtedy mówiło na muzykę, której się nie lubiło), miękki. Zbyt przebojowy i komercyjny. Bo zapewne teledysk do „Over the Tide” z powodzeniem latałby po VIVA, VIVA ZWEI oraz „Trzydzieści Ton Lista Lista”. Myślę, że pogardzałbym tą muzyką i ludźmi jej słuchającymi.

A dziś odpalam sobie „Wolfpack Heading Nowhere” i stwierdzam, że ta muzyka naprawdę mi się podoba. Może nie cała od A do Z, jednakże przeważająca jej część. A wszystko co przeczytaliście w akapicie powyżej podtrzymuję (poza przymiotnikiem „gejowski”, bo już tak nie mówię i nie uważam), ale nie nadaję już tym stwierdzeniom pejoratywnego zabarwienia. Przeciwnie, odczytajcie teraz te przymiotniki w pozytywnym świetle – Wolfpack Heading Nowhere bardzo dobrze wie, jak napisać kompozycje, które z jednej strony będą się jasno odwoływać do pewnych zespołów, choćby Type O’Negative, którego duch najsilniej unosi się nad tą płytą, a równocześnie nie będą totalną zrzynką… zawsze. Bo mam tu chyba z dwa albo trzy fragmenty, gdzie żywcem słyszę „World Coming Down”. Oczywiście pewnie jak ktoś się wsłucha, to i twórców „Razorblade Romance” czy „Blessed Be” usłyszy, ale ja tym się nigdy nie jarałem, więc może jestem mniej wyczulony. A nawet rzeczy wydanych po „Wildhoney” wiadomo kogo. Wracając do clue – dziś już znam korzenie i background tej muzyki w większym stopniu niż wtedy. Przesłuchałem kilka tysięcy płyt więcej niż wtedy. Zrozumiałem, że ekstrema to nie wszystko. Że klimat, dobra melodia, kontekst też są w chuj ważne. I wtedy wjeżdża Wolfpack Heading Nowhere, na karym koniu, a wszystko jest kręcone na taśmę VHS. I ja to kupuję.

Czy więc warto poznać ten zespół? Tak – o ile podobnie jak ja i mój gust jakoś otworzyliście się na coś, czego wcześniej nie znosiliście.  Drugiej strony, dziś słuchacze jednak mają więcej możliwości i mają raczej inne podejście do muzyki, więc „Wolfpack Heading Nowhere” może trafić pod wiele strzech, o których nawet nie pomyślelibyście. I dobrze.

https://www.facebook.com/wolfpack.heading.nowhere

https://www.facebook.com/piranhamusicpl

Oracle
19323 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Warfist „Totengasse”Recenzje

Warfist „Totengasse”

BartBart15 września 2026
Massteron „Second in the Spheres”Recenzje

Massteron „Second in the Spheres”

OracleOracle14 września 2026
Nargaroth „Apocalyptic Steel”Recenzje

Nargaroth „Apocalyptic Steel”

PathologistPathologist12 września 2026

Skomentuj