Dawno żaden powrót tak mnie nie ucieszył. Przyznam, że w dupie mam większość tych wszystkich szumnych come backów. Natomiast wieść o tym, że Christ Agony wraca z nowym albumem wywołała u mnie dreszczyk emocji. I od razu zaświeciła mi się lampka – Cezar decydując się na wydanie tej płyty wróci na scenę z tarczą lub na tarczy. W mojej opinii „Anthems” spełniło wszelkie pokładane w niej nadzieję. Potem pojawiła się propozycja wywiadu. Tutaj też się wahałem, natomiast ponownie stwierdziłem – Cezar wyjdzie z niego obronną ręką lub nie. I wyszedł. Jego odpowiedzi są pełne pasji i chwilami bardzo szczere. Kilka spraw, z jakiegoś powodu pomijanych w innych wywiadach, zostały tu naświetlone, w sposób bardzo szczery i samoświadomy. Bez owijania w bawełnę, szukania winnych. Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego, jak dojrzałe i chwilami samokrytyczne są odpowiedzi Cezara. Zarezerwujcie więc sobie dłuższą chwilkę, bo rozmowa jest naprawdę długa – chyba najdłuższa ze wszystkich jakie kiedykolwiek przeprowadziłem. I trzymajcie kciuki za Cezara i Christ Agony.

Oracle: Witaj Cezar! Bez zbędnego owijania w bawełnę – zdajesz sobie sprawę, że wiele osób postawiło na Christ Agony krzyżyk (oczywiście odwrócony)? Nagle uderza news o tym, że końcem września pojawia się „Anthems” i co tu dużo mówić – moim zdaniem wiele osób będzie naprawdę w szoku, że po tylu latach i zawirowaniach Christ Agony wypuszcza tak dobry krążek… Czujesz w związku z tym jakąś satysfakcję, że postawiłeś ostatecznie na swoim?

Cezar: Jasne, mam pełną świadomość, że przez te lata wiele osób uznało Christ Agony za zamknięty rozdział – i szczerze mówiąc, trudno im się dziwić. Było dużo ciszy, zawirowań, problemów osobistych, zmian składu… To nie był łatwy czas ani dla mnie, ani dla zespołu, ani dla ludzi, którzy od lat śledzili naszą drogę. Ale dla mnie to nigdy nie był koniec, a raczej droga przez mrok, czasem cięższa, czasem bardziej wyboista. Właśnie też dlatego „Anthems” nie jest dla mnie zwykłym albumem. To nie jest „powrót dla zasady” ani próba udowodnienia czegokolwiek komukolwiek. To płyta zrodzona z wewnętrznej potrzeby – z momentu, kiedy w końcu stanąłem na nogi jako człowiek i jako twórca. Minęły lata, w których musiałem zmierzyć się sam ze sobą, uporządkować życie, wyjść z uzależnienia i odzyskać kontrolę. Dopiero wtedy mogłem wrócić do muzyki w sposób prawdziwy.

Czy czuję satysfakcję? Tak – ale nie taką „na złość światu”. Bardziej satysfakcję, że nie zgasiłem w sobie tego ognia, że zamiast się poddać, wyszedłem z ciemności z czymś, co uważam za jedną z najbardziej szczerych i świadomych płyt w historii Christ Agony. Jeśli ktoś będzie zaskoczony – tym lepiej. Szok bywa zdrowy.

A czy postawiłem na swoim? Myślę, że po prostu w końcu postawiłem na prawdę – bez ściemy, bez kalkulacji, bez pozorów. I to słychać na „Anthems”. Ten album jest dowodem, że Christ Agony wciąż żyje, że duch zespołu jest nieśmiertelny i że nawet po latach milczenia potrafimy uderzyć z pełną mocą.

O.: Krążek zatytułowany jest „Anthems”. Przyjęło się, że hymny mają sławić jakąś osobę, wydarzenie, miejsce lub ideę – jak jest w przypadku Christ Agony i nowej płyty, co lub kogo sławią te kompozycje?

C.: Tytuł „Anthems” nie jest przypadkowy. Samo słowo kojarzy się z czymś podniosłym, ceremonialnym, niemal liturgicznym.

To nie są zwykłe utwory – to hymny ku czci ciemności, manifesty duchowej nocy, pieśni oddane temu, co zawsze było osią mojej twórczości – mistycyzm, transcendencja, nieśmiertelność, kult ciemności. „Anthems” można czytać jako: hymny do tego, co zrodziło zespół – atmosfery, filozofii i ducha dawnych płyt. To symbol zamknięcia pewnego cyklu, świadomego powrotu, ale w nowej, dojrzałej formie. „Anthems” nie odnosi się do hymnów w klasycznym, podniosłym czy religijnym znaczeniu. To nie są pieśni ku czci ludzi, narodów czy wydarzeń. W przypadku Christ Agony „hymn” oznacza manifest – głos z ciemności, który niesie w sobie bunt, kontemplację i duchową przewrotność. Dla mnie te utwory to swoiste hymny ku czci mroku, duchowości i wszystkiego, co od zawsze towarzyszyło Christ Agony. To nie są hymny w sensie dosłownym – one nie gloryfikują jednej osoby czy wydarzenia, lecz są pieśniami dla idei wolności, samotności, mistycznego buntu przeciw dogmatom i wszelkim ograniczeniom. Każdy utwór jest oddzielnym hymnem, opowieścią, w której mieszają się cierpienie, melancholia, ale i pewien rodzaj transcendencji. „Anthems” to hołd dla samej muzyki, dla duchowej strony sztuki, która pozwala wznieść się ponad codzienność i dostrzec coś więcej niż tylko materialny wymiar życia.

Te kompozycje sławią przede wszystkim ideę Mroku jako przestrzeni wolności. Mroku, który nie jest tylko symbolem zła, ale strefą, w której człowiek może zrzucić maski, stanąć twarzą w twarz ze swoim prawdziwym „ja” i wejść na drogę własnej przemiany. To hymny ku czci indywidualizmu, samotności, upadku i odrodzenia – wszystkiego, co składa się na duchowy proces, o którym Christ Agony mówi od trzydziestu lat.

Bardziej chodzi o ideę Nieśmiertelnego Cienia – archetypicznej siły, która symbolizuje to, co w człowieku pierwotne, nienazwane i nieujarzmione. To energia, która prowadzi przez dekadencję do oświecenia – na naszych warunkach, w naszej estetyce.

Więc jeśli te utwory coś „sławią”, to sławią drogę przez ciemność. Sławią samotnych wędrowców, którzy nie boją się zanurzyć w duchową otchłań. Sławią upór, wolę i duchową rebelie. „Anthems” to hołd dla Mroku jako stanu umysłu – i dla tych, którzy potrafią go unieść.

O.: Po wydaniu „Legacy” działałeś jeszcze w międzyczasie w kilku projektach – Topielica, HimAir, Khorumi (o to jeszcze zapytam), no i teraz Faustus… Rozumiem jednak, że to Christ Agony jest cały czas Twoim głównym zespołem i priorytetem?

C.: Tak, Christ Agony zawsze był i pozostaje moim głównym zespołem, moim duchowym dzieckiem i priorytetem, jeśli chodzi o działalność artystyczną. Wszystko, co robiłem i robię, w pewien sposób do niego prowadzi albo z niego wyrasta. Równocześnie jednak potrzebuję innych form ekspresji – stąd projekty takie jak Topielica, HimAir, Khorumi czy Faustus. To są dla mnie różne odcienie tej samej drogi, próby poszukiwania nowych przestrzeni i brzmień, które nie zawsze mieszczą się w ramach Christ Agony. Ale jeśli miałbym wskazać jedno źródło i fundament całej mojej muzycznej podróży – to zawsze będzie Christ Agony.

O.: Wydaje mi się, że jesteś twórcą, który raczej nie ogląda się na innych wykonawców. Od wielu lat muzyka Christ Agony brzmi po prostu jak muzyka Christ Agony i nie pamiętam, żeby któryś z recenzentów pisał, że „o, w tym miejscu Cezar napisał riff bardzo podobny do zespołu XYZ…”. Ale przewrotnie zapytam – czy po tylu latach szukasz jeszcze inspiracji w innych zespołach, by przekuć je potem na numery Christ Agony?

C.: Nigdy nie budowałem Christ Agony na cudzych fundamentach. Od początku chodziło o własny język, własny puls i własną duchowość. Dlatego muzyka Christ Agony brzmi jak Christ Agony – nie dlatego, że uciekałem od inspiracji, ale dlatego, że nigdy nie miałem potrzeby sięgać po cudze schematy. Ta stylistyka powstała organicznie, z mojej głowy i mojej drogi przez mrok.

Po tylu latach nie szukam inspiracji w innych zespołach w tym sensie, że nie analizuję czyichś riffów, brzmień czy trendów, żeby potem je przełożyć na własne utwory. Nie muszę i nie chcę tego robić. Christ Agony to nie projekt nastawiony na porównania, tylko na ekspresję. Jeśli coś mnie inspiruje, to bardziej energia niż konkret. Klimat, emocja, pewna aura – może to pochodzić z muzyki, ale równie dobrze z literatury, sztuki, historii albo zwykłego życiowego doświadczenia. Inspiracja to impuls, a nie kalkulacja. Nigdy nie była to metoda „posłucham innych i zrobię coś podobnego”. Od samego początku starałem się, aby muzyka Christ Agony była rozpoznawalna i miała własną tożsamość, której nie można pomylić z innymi zespołami. Nigdy nie chodziło mi o kopiowanie kogokolwiek, tylko o tworzenie własnego języka muzycznego. Oczywiście inspiracje zawsze są – czasem to muzyka metalowa, ale równie często zupełnie inne rejony dźwięków. W latach 90. ogromny wpływ miała na mnie twórczość zespołów wydawanych przez 4AD, jak Dead Can Dance czy Cocteau Twins – i do dziś takie klimaty mnie poruszają. To nie są rzeczy, które można wprost „usłyszeć” w Christ Agony, ale one kształtują moją wrażliwość i sposób budowania atmosfery.

Więc nie szukam riffów u innych zespołów, ale wciąż chłonę różne formy muzyki i sztuki, a potem – świadomie lub podświadomie – przekuwam je w swoją twórczość.

Dla mnie muzyka to ciągłość – własny rytuał, który trwa ponad trzy dekady. I dopóki ta wewnętrzna siła działa, nie potrzebuję podpierać się niczyim dorobkiem. Christ Agony wyrasta z samotności twórczej – i właśnie dlatego jest tak rozpoznawalne.

O.: Słuchając po kolei wydawnictw Christ Agony słychać ostatecznie olbrzymi progres i drogę jaką pokonałeś od demówek do tego co słyszymy na „Anthems”, natomiast uważam, że pewne zalążki dzisiejszego stylu są już słyszalne właśnie na „Epitaph of Christ” chociażby, choć jeszcze nieśmiało, że tak powiem. Czy już na tym etapie patrzyłeś na Christ Agony w sposób perspektywiczny, z określonym celem, czy – jak u wielu zespołów z tamtego czasu – wszystko było robione raczej na wyczucie i pod wpływem impulsu?

C.: Z perspektywy czasu widzę, że już na „Sacronocturn” czy „Epitaph of Christ”  były obecne te elementy, które później stały się fundamentem stylu Christ Agony – mrok, melodyjność i pewna duchowość przekazu. Wtedy jednak nie myślałem o tym w kategoriach długofalowego planu czy perspektywicznego rozwoju. Byliśmy młodzi, pełni buntu i potrzeby ekspresji, a wszystko rodziło się raczej z impulsu, z wewnętrznej potrzeby tworzenia.

Oczywiście z biegiem lat nabierałem świadomości tego, czym jest Christ Agony i dokąd chcę tę muzykę prowadzić, ale na początku najważniejsze było samo wyrzucenie z siebie emocji, tej całej ciemności i duchowej energii. Myślę, że właśnie dlatego już w tych pierwszych nagraniach słychać było zalążki tego, co dziś słychać w „Anthems”.

O.: Choć trochę uważam, że „kariera” Christ Agony to taki trochę rollercoaster – wszystko do „Moonlight” włącznie to – jak dla mnie – płyty wspaniałe. Potem dostajemy dwie płyty, które nie cieszą się już tak dobrym przyjęciem i ja też uważam je za słabsze, choć „z momentami”. Po nich długa przerwa i powrót z naprawdę dobrym „Condemnation” i kolejne dwie płyty to znów fala wznosząca. Potem w Christ Agony coś się psuje i na niemal dekadę zapada cisza, a nad zespołem zbierają się ciemne chmury z uwagi na niejasności natury poza muzycznej. I teraz znów „Anthems” – płyta doskonała. Jak Ty się na to zapatrujesz?

C.: Z perspektywy czasu mogę się zgodzić, że historia Christ Agony wygląda jak sinusoidalny lot – wzloty, turbulencje, upadki i powroty. Ale dla mnie to nigdy nie była „kariera” w rozumieniu strategii czy kalkulacji. To była droga bardzo osobista, związana z życiem, decyzjami, porażkami i zwycięstwami, które odbijały się w muzyce.

Pierwsze lata – aż do „Moonlight” – to był czas totalnego ognia. Pasja, młodość, głód tworzenia i brak jakichkolwiek hamulców. Potem przyszły płyty, które faktycznie miały inny ciężar i inną energię. Czy były słabsze? Być może. Ale były uczciwe – powstały w momentach, kiedy moje życie nie przypominało pasma triumfów. Muzyka była odbiciem chaosu, zmęczenia, czasem zagubienia. I nie wstydzę się tego. Nie każda płyta musi być pomnikiem – czasem jest zapisem walki.

„Condemnation” i kolejne albumy to faktycznie fala wznosząca, bo wtedy odzyskałem fokus, siłę i sens działania. A późniejsza cisza… Cóż, to nie była przerwa artystyczna, tylko konsekwencje różnych spraw spoza muzyki, które musiałem przejść sam. Mrok, który się wtedy zebrał nad nazwą Christ Agony, był realny. I musiałem się z nim zmierzyć, zanim mogłem wrócić. Teraz jednak patrzę na to z dystansem. Każdy z tych albumów, nawet jeśli ktoś uważa je za słabsze, jest częścią historii Christ Agony i mojej osobistej drogi. Bez tych „ciemniejszych” momentów nie byłoby dzisiejszego „Anthems”. Ten album jest jak katharsis, nowy rozdział, który pokazuje, że z każdej burzy można wyjść silniejszym. Dlatego „Anthems” nie jest dla mnie przypadkowym błyskiem po latach. To nie „come back dla zasady”. To podsumowanie drogi, która była momentami brutalna, ale konieczna. Ten album powstał już bez presji, bez iluzji, bez chaosu. Z czystości intencji, z potrzeby serca i z tej samej duchowości, która towarzyszy mi od początku.

Jeśli ktoś widzi w tym rollercoaster – trudno się dziwić. Ale ja patrzę na to inaczej: to była jedna, długa, konsekwentna droga przez mrok. I dopiero dziś mogę powiedzieć, że każdy etap – nawet ten niewygodny – doprowadził mnie dokładnie tu, gdzie powinien. „Anthems” jest tego najlepszym dowodem.

O.: No właśnie. Ostatnie kilka lat nie było dobrych dla Christ Agony – zawirowania w składzie, ponoć również o podłożu finansowym, niesnaski między Tobą a byłymi muzykami, ta jedna rzecz, o którą zapytam jeszcze za chwilę – czułeś, że jest w tym jakaś Twoja wina, zaniedbanie? Czy sprawy już na tyle się naprostowały, że możesz śmiało powiedzieć, iż dla Christ Agony przychodzi nowe otwarcie?

C.: Nie będę udawał, że ostatnie lata były dla Christ Agony czasem harmonii, ostatnie lata faktycznie były trudne. Były zawirowania personalne, napięcia, niedomówienia – również te związane z kwestiami organizacyjnymi czy finansowymi. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć jasno: w większości odpowiedzialność leżała po mojej stronie. Były momenty, w których za bardzo skupiłem się na samej twórczości, a za mało na sprawach „przyziemnych” – komunikacji, formalnościach, strukturze działania zespołu. To się później odbiło echem. Tym bardziej że choroba alkoholowa nie pozwalała na kontrolowanie własnego życia, więc co tu mówić o istnieniu i funkcjonowaniu zespołu… Każdy z nas miał swoje racje, emocje i oczekiwania. Nie będę nikogo oceniać ani przerzucać win. Zwyczajnie – sprawy zaczęły się komplikować, a ja nie zawsze potrafiłem temu zapobiec. Jeśli coś zaniedbałem, to przede wszystkim kontrolę nad tym, co dzieje się wokół Christ Agony jako „organizmu”, a nie tylko jako muzyki. I to jest lekcja, którą odrobiłem.

Dziś jednak sytuacja jest zupełnie inna. Po pierwsze – zamknąłem pewne sprawy, które ciągnęły się latami i nie pozwalały ruszyć dalej. Po drugie – wszedłem w okres pełnej, świadomej odpowiedzialności za każdy aspekt tego projektu. I przede wszystkim: tworzę muzykę bez balastu, z jasną głową i konkretną wizją.

Dlatego mogę spokojnie powiedzieć: tak, to jest nowe otwarcie. Nie „odgrzewanie przeszłości”, tylko zupełnie nowy rozdział, oparty na doświadczeniu, pokorze i sile, którą odzyskałem. „Anthems” jest pierwszym sygnałem tej zmiany – i na pewno nie ostatnim.

Dziś mogę śmiało powiedzieć, że wszystko się uporządkowało. Mam wokół siebie ludzi, którzy wierzą w tę muzykę, pojawił się nowy impuls, a „Anthems” jest tego najlepszym dowodem. To nie tylko kolejny album – to naprawdę nowe otwarcie, które pokazuje, że Christ Agony, mimo wszystkich burz, nadal ma coś ważnego do powiedzenia.

O.: Przez Christ Agony przewinęło się wiele znaczących osób dla sceny – by wymienić Reyasha, Mausera, Młodego, a przecie nie ujmujmy nic innym. No ale ich już nie ma – skąd te częste roszady? Jesteś tak trudną osobę we współpracy, ludzie mają zbyt wysokie oczekiwania, czy po prostu warunki niezależne od nikogo tak wpływały na line-up Christ Agony? Różni ludzie różne rzeczy mówią i nie zawsze jesteś pozytywnym bohaterem tych opowieści…

C.: To prawda – przez Christ Agony przewinęło się wielu znakomitych muzyków. I ja naprawdę traktuję to jako część historii zespołu, a nie „problem”. Każdy z nich zostawił swój ślad, wniósł coś wartościowego i miał wpływ na brzmienie danego okresu. Z częścią współpracowało się łatwiej, z częścią trudniej, ale to normalne, bo każdy z nas ma inne ambicje, wizje i temperament. Christ Agony to moja droga i nigdy nie godziłem się na półśrodki.

Natomiast trzeba pamiętać o jednej rzeczy: Christ Agony istnieje od początku lat 90. Żaden projekt trwający tyle czasu nie pozostaje w jednym składzie. Ludzie dojrzewają, zmieniają priorytety, zakładają rodziny, wchodzą w inne zespoły, szukają nowych dróg – i to jest naturalny proces. Czasem decydowały sprawy życiowe, czasem logistyczne, czasem zawodowe. Nie zawsze była to kwestia konfliktu czy napięcia.

Czy ja jestem trudny we współpracy? Pewnie bywałem. Jestem wymagający – przede wszystkim wobec siebie, ale to automatycznie przenosi się na pracę z innymi. Z drugiej strony – przez lata prowadziłem zespół bardziej intuicyjnie niż „menedżersko”, i to również rodziło tarcia. Z perspektywy czasu mogę przyznać, że pewne rzeczy można było rozwiązać inaczej, spokojniej, bardziej systemowo.

Ale nie zgodzę się z narracją, że wszystko wynikało z mojej „trudnej osobowości”, bo to zwyczajnie uproszczenie. Każda zmiana miała swój kontekst i swoje dwie strony. W długiej historii zespołu były momenty świetnej chemii i były momenty, w których drogi po prostu musiały się rozejść. I to jest normalne.

Co do historii, plotek czy opowieści – każdy ma swoją perspektywę i swoje emocje. Ja nie zamierzam ich komentować ani z nikim prowadzić wojny medialnej. Dziś patrzę do przodu. Mam stabilną wizję, otwartą głowę i jasny cel.

Wiem, że różne rzeczy się o mnie mówi – czasem prawdziwe, czasem przesadzone. Nie czuję jednak potrzeby tłumaczyć się z każdej z nich. Najlepszą odpowiedzią zawsze była i pozostaje muzyka. A „Anthems” jest dowodem na to, że mimo wszystkich zmian, duch Christ Agony trwa niezmiennie. Christ Agony w obecnej formie to nie rekonstrukcja przeszłości, tylko świadome, nowe rozdanie. I na tym chcę się koncentrować.

O.: Album nagrywało dwóch perkusistów – Daray oraz August. Jak doszło do takiej sytuacji, czy to z uwagi na zobowiązania Daraya, bo podejrzewam, że pod względem muzycznym ma bardziej napięty grafik od Augusta? Czy jakieś inne czynniki tu przeważały? Wiem, że Christ Agony planuje koncerty – jak w takim razie wygląda obecnie skład koncertowy zespołu? Widziałem Was kilkukrotnie i te koncerty to zawsze było totalne zniszczenie, ale i fantastyczna atmosfera…

– Rzeczywiście – na „Anthems” słychać dwóch perkusistów: Daraya i Augusta. Wynikało to przede wszystkim z kwestii organizacyjnych, a nie jakichkolwiek problemów personalnych. Daray ma bardzo napięty grafik – Dimmu Borgir, Hunter, projekty poboczne, trasy – i w pewnym momencie stało się jasne, że czasowo nie zdoła ogarnąć całości materiału w jednym bloku nagraniowym.

Nie chciałem jednak wstrzymywać albumu na bliżej nieokreślony czas. Byłem w twórczym „flow”, muzyka była gotowa i potrzebowała domknięcia. August był w tym momencie dostępny, świetnie przygotowany i bardzo dobrze czuł klimat nowych numerów, więc naturalnie przejął część partii. Wyszło to z korzyścią dla płyty – każdy z nich ma inną energię, inne podejście do groove’u i dynamiki, co nadało albumowi dodatkową głębię. Tak więc nie ma tu żadnej sensacji – tylko zdrowa, profesjonalna decyzja, żeby „Anthems” powstało w odpowiednim czasie i w najwyższej jakości.

Na scenie skład jest już ustabilizowany i gotowy do działania. Za bębnami podczas koncertów zasiada Dmitry Kim, który w pełni przejął rolę perkusisty live. To muzyk z ogromną energią i perfekcyjnym czuciem materiału – idealny, jeśli chodzi o koncertowe „uderzenie”.

Reszta składu to ekipa nastawiona na granie, a nie na wspominanie przeszłości. Mamy pełną świadomość, że koncerty Christ Agony zawsze stały mocą atmosfery – trans, intensywność, duchowość i totalne zniszczenie na scenie. Nasze koncerty zawsze były i są prawdziwym doświadczeniem – totalne zniszczenie dla widza, ale też wspólna, intensywna atmosfera, która sprawia, że muzyka Christ Agony w tym momencie naprawdę żyje. I właśnie do tego wracamy. Bez półśrodków.

O.: No dobra – raz zdarzyła Ci się wtopa, która położyła się cieniem na Christ Agony na długi czas. Pewnie się domyślasz, że mówię o niesławnym koncercie w towarzystwie laptopa. Możesz opowiedzieć, jak doszło do tej – było nie było – kuriozalnej sytuacji? Bo narosło trochę plotek i niejasności, a że chyba nikt oficjalnie o to Cię nie pytał, rzucę pierwszy tym kamieniem…

C.: Tak wiem, że ten występ odcisnął swoje piętno na wizerunku Christ Agony. I biorę za to pełną odpowiedzialność. To była moja decyzja, mój błąd – nikt inny nie powinien za to odpowiadać. W ostatniej chwili przed koncertem pojawiły się problemy personalno-organizacyjne w składzie. Miałem do wyboru: albo odwołać występ albo spróbować go zagrać w jakiejkolwiek formie. Podejmując decyzję, kierowałem się chęcią nie-zawiedzenia ludzi, którzy kupili bilety i czekali na występ.

W efekcie padło na rozwiązanie awaryjne z podkładami, które – z perspektywy czasu – było nietrafione i niegodne marki Christ Agony.

To nie był performance artystyczny, nie było w tym ideologii. To była desperacka próba ratowania sytuacji. I zwyczajnie – strzał w stopę. Reakcja fanów była ostra, ale uzasadniona. Rozumiem to w 100%. Dla Christ Agony scena to żywy ogień, energia, pot, trans. Koncerty Christ Agony to tylko pełna, organiczna energia żywego składu. Inaczej ten zespół scenicznie nie ma sensu.

O.: Do wznowienia „Darkside” wypuszczonego przez Old Temple dołożony był dodatkowy dysk, zatytułowany „Darkness”. Przyznam się, że przegapiłem to, gdy ukazywało się dwa lata temu i dopiero całkiem niedawno odsłuchałem te numery. Co możesz o nich powiedzieć? Traktujesz to… no właśnie, jak? Jako pełnowymiarowy album, jako ciekawostkę? Planujesz to może wypuścić raz jeszcze, jako osobny krążek, a nie bonus?

C.: Jeśli chodzi o „Darkness” dołączone do wznowienia „Darkside” – traktuję ten materiał jako pełnoprawną kontynuację eksperymentów Christ Agony. To nie tylko ciekawostka, ale zestaw kompozycji, które w inny sposób pokazują nasze podejście do mroku i atmosfery. Nie wykluczam, że w przyszłości ukaże się ponownie, być może w formie osobnego wydawnictwa, bo materiał jest dojrzały i wart samodzielnej prezentacji. To był czas, kiedy mocno eksplorowałem mroczniejsze, bardziej minimalistyczne, transowe formy – wręcz ambientowe. „Darkside” samo w sobie było krokiem w nieznane, a „Darkness” to takie jego ciemniejsze odbicie – surowe, introwertyczne, bardzo specyficzne. Dlatego potraktowałem to jako bonus, dokument epoki, a nie jako „nowy album numer X”.

O.: W ogóle to sporo jeszcze takich różnych niepublikowanych materiałów masz jeszcze w szufladzie? No bo wiesz, nie chce mi się wierzyć, że na przykład między takim „Legacy” a „Anthems” powstało tylko to, co słyszymy na tym najnowszym właśnie… Tak w ogóle, to ostatnimi laty ukazało się sporo wznowień i reedycji krążków Christ Agony – Twoje płyty ukazały się ze znaczkami wspomnianego Old Temple Records, Deformeathing Productions, Xul Productions. Postrzegasz to jako ciągły głód muzyki Christ Agony przez scenę? Inna  rzecz, że część z wydawnictw dziś jest w ogóle niedostępna albo osiąga trzycyfrowe ceny, niekoniecznie zaczynające się od jedynki…

C.: Masz rację – materiału, który powstaje w trakcie pracy nad albumami, jest zawsze dużo więcej niż finalnie trafia na płytę. Między „Legacy” a „Anthems” powstały zarówno kompozycje, które doczekały się późniejszej aranżacji i miksu, jak i takie, które wciąż pozostają w szufladzie. Część z nich może kiedyś ujrzy światło dzienne – tak jak to miało miejsce w przypadku bonusów do wznowień.

Co do wznowień i reedycji – to rzeczywiście świadczy o ciągłym głodzie muzyki Christ Agony wśród fanów. Te wydania dają też szansę nowym pokoleniom, by poznać naszą historię w dobrej jakości. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że niektóre starsze krążki są dziś rzadkie i osiągają wysokie ceny, ale to chyba naturalny proces w przypadku kultowych materiałów – potwierdza tylko, że muzyka Christ Agony wciąż budzi zainteresowanie i emocje.

O.: Od kilku lat współpracujesz z Wojtkiem z Deformeathing Productions. Dotychczas jedynie przy wznowieniach, ale podejrzewam, że kooperacja była na tyle dobra, iż to właśnie on wypuści „Anthems” – jak oceniasz współpracę z tą wytwórnią na tle swoich wcześniejszych doświadczeń?

C.: Współpraca z Wojtkiem i Deformeathing Productions jest dla mnie czymś wyjątkowym. To partnerstwo, które trwa już kilka lat i od początku opierało się na pełnym zaufaniu i profesjonalizmie. Dotychczas pracowaliśmy głównie przy wznowieniach starszych materiałów, ale ta kooperacja była tak naturalna i komfortowa, że logicznym krokiem było wydanie przez nich „Anthems”.

W porównaniu do wcześniejszych doświadczeń z innymi wydawcami, z Deformeathing Productions mamy pełne zaufanie i poczucie wspólnej odpowiedzialności za wydawnictwo. „Anthems” to nasz wspólny projekt – nie tylko pod względem muzycznym, ale także w podejściu do dystrybucji, promocji i całościowej koncepcji wydania. Wojtek dokładnie rozumie charakter Christ Agony i nigdy nie próbuje narzucać swojej wizji. To współpraca partnerska – dokładnie tak, jak powinno wyglądać idealne wydawnictwo.

Jestem pewien, że dzięki tej relacji „Anthems” dotrze do fanów w sposób, który w pełni oddaje ducha zespołu, a przed nami wciąż kilka rzeczy do zrobienia – nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa.

O.: Sporo ostatnimi czasy tych wznowień, ale są też materiały, które od lat są nietknięte. Jakie są szanse na ponowne wypuszczenie choćby takiego „Live – Apocalypse”, „Demonology” czy „Condemnation”? Szczególnie dwie pierwsze pozycje mnie interesują, gdyż ich brak w moich zasobach odczuwam boleśnie…

C.: Masz rację – niektóre starsze wydawnictwa Christ Agony, jak „Live – Apocalypse” czy „Demonology” od dawna czekają na ponowne wydanie. Ja sam czuję, że są to ważne pozycje w historii zespołu i szkoda, że nie każdy może je łatwo zdobyć.

Plany na ich wznowienie są jak najbardziej realne, choć wymaga to czasu i odpowiedniego przygotowania – remasteringu, sprawdzenia materiałów źródłowych i przemyślenia formy wydania, aby oddać im należytą rangę. „Condemnation” jest bardziej dostępny, ale także myślimy o tym, by jego reedycja była dopracowana i atrakcyjna dla fanów.

Reedycja „Demonology” z dodatkowymi utworami to dla mnie coś więcej niż tylko wznowienie starego materiału. To forma zamknięcia pewnego rozdziału, ale też nadania mu nowego życia. Ten materiał przez lata funkcjonował trochę w cieniu – nie miał odpowiedniej oprawy, promocji ani dostępności. Dzięki współpracy z Deformeathing Production wreszcie możemy to naprawić.

Najważniejszy element tej reedycji to cztery bonusowe kompozycje, które nie są „odrzutami”, tylko pełnoprawnymi utworami, nad którymi pracowałem już po latach ciszy,ale z uwzględnieniem materiałów źródłowych, które zostały nagrane w tamtym okresie w latach 2005 – 2007, w każdym z tych czterech utworów znajdują się slady gitar, które były nagrane w tamtym czsie. 

Można powiedzieć, że utwory te stanowią pomost między dawnym Christ Agony, a obecnym – pokazują, dokąd duch tej muzyki zmierzał i jak dojrzewał.

Wojtek z Deformeathing od początku podszedł do tego wydawnictwa z pełnym zaangażowaniem – od strony edytorskiej, logistycznej i promocyjnej. To było dla mnie kluczowe, bo zależało mi, żeby „Demonology” otrzymało należny mu szacunek i odpowiednią jakość wydania. I tak właśnie się stało.

Myślę, że ta reedycja jest ważna zarówno dla fanów, jak i dla samego zespołu – to symboliczny powrót do korzeni, ale już z perspektywą i doświadczeniem, które doprowadziły nas do „Anthems”. I mogę śmiało powiedzieć: to jeszcze nie koniec naszej wspólnej drogi z Deformeathing.

Krótko mówiąc – wszystkie klasyki mają szansę wrócić, trzeba tylko zrobić to porządnie, tak aby spełnić oczekiwania zarówno długoletnich fanów, jak i nowych słuchaczy.

O.: No i zajebiście! Christ Agony rzadko chyba grało covery, na płytach o ile kojarzę, nie uświadczymy żadnego – natomiast wzięliście na warsztat przeróbkę Bathory. Mieliście ten numer ogrywany wcześniej, czy popełniliście go specjalnie na „Polish Tyrants Tribute to Bathory”? Długo musiał Cię Morgul namawiać na partycypację w tej składance?

C.: Rzeczywiście, Christ Agony nigdy wcześniej nie grało coverów. W przypadku utworu Bathory była to jedyna sytuacja – nagraliśmy go specjalnie na składankę „Polish Tyrants Tribute to Bathory”. Był to dla nas hołd dla zespołu, który miał ogromny wpływ na scenę i na mnie osobiście. Morgul oczywiście musiał mnie namawiać, ale w praktyce decyzja była naturalna – chcieliśmy uczcić Bathory w sposób, który zachowa charakterystyczny dla Christ Agony klimat, jednocześnie nie odchodząc od własnej artystycznej tożsamości.

O.: A gdyby powstało kiedyś „A Tribute to Christ Agony”, na co szczerze liczę, jakie zespoły widziałbyś na nim najchętniej?

C.: Gdyby powstało kiedyś „A Tribute to Christ Agony”, to oczywiście marzyłoby mi się, aby pojawiły się na nim zespoły, które w pełni rozumieją ducha ekstremalnego metalu i mają własną tożsamość, a jednocześnie potrafią oddać mroczną atmosferę Christ Agony. Z pewnością cieszyłbym się na interpretacje od zespołów, które od lat pokazują, że polska scena nadal żyje i potrafi inspirować. Specjalnie nie wymieniam tu żadnej nazwy, bo mam nadzieję że nigdy do takiej inicjatywy nie dojdzie. Ja jeszcze żyję i mam zamiar nagrać kilka utworów i płyt pod różnymi nazwami i współpracować z różnym muzykami.

O.: Się wie. Może to trywialne, w kontekście muzyki i całej otoczki, ale – od kilku wydawnictw (i zarazem kilkunastu lat), front covery Twoich wydawnictw pod szyldem Christ Agony zdobi Kozioł. Co on symbolizuje dla Ciebie – o ile ma jakiś głębszy sens oczywiście, aniżeli po  prostu dobry i automatycznie kojarzący się jednoznacznie motyw?

C.: Kozioł, obecny od lat na okładkach Christ Agony, jest dla mnie nie tylko estetycznym, jednoznacznie kojarzącym się z mrokiem motywem, ale przede wszystkim archetypem – symbolem pierwotnej, nieokiełznanej energii, buntu wobec narzuconych dogmatów, duchowej niezależności, instynktu przekraczania granic i wchodzenia w sferę sacrum poprzez profanum, znakiem istoty, która nie klęka, lecz idzie pod prąd, strażnika ciemności i wolności, a jednocześnie emblematem całej filozofii Christ Agony, w której mrok nie jest pozą, tylko bramą do poznania samego siebie. Dla mnie to symbol, który stał się znakiem rozpoznawczym Christ Agony, ale też nośnikiem pewnej uniwersalnej symboliki mroku, buntu i sił natury, które przewijają się w naszej twórczości. Kozioł nie jest tylko ładnym motywem graficznym – od początku miał głębszy sens, oddaje energię i charakter zespołu, a jednocześnie jest elementem, który natychmiast kojarzy się z Christ Agony wśród fanów.

O.: Czy black metal jest dla Ciebie dziś tym samym, czym był gdy wydawałeś „Sacronocturn” i „Epitaph of Christ”? Bo że sam ewoluowałeś to zapewne nie ulega wątpliwościom, chodzi mi raczej o postrzeganie tej muzyki jako gatunku, zjawiska czy ideologii… O ile dobrze kojarzę, w latach dziewięćdziesiątych byłeś jednym z „wrogów podziemia” i znajdowałeś się na różnych listach. Od tamtych czasów minęło sporo czasu. Czy zdarzyła Ci się kiedykolwiek sytuacja, że osoby, które wskazywały Ciebie i Christ Agony jako wrogów black metalu spotkały Cię po latach? Czy tego typu akcje wyszły kiedykolwiek poza wpisanie nazwy Christ Agony na flejersa „wrogom podziemia”?

C.: Black metal dzisiaj, patrząc z perspektywy ponad trzydziestu lat, jest zjawiskiem znacznie bardziej zróżnicowanym niż w czasach „Sacronocturn” czy „Epitaph of Christ”. Kiedyś był przede wszystkim wyrazem buntu, ekstremalnej energii i pewnej ideologii młodych ludzi w podziemiu. Dziś wciąż zachowuje te cechy, ale ewoluował – pojawiły się nowe style, technologie, środki wyrazu, a także szersze spojrzenie na muzykę i estetykę. Dla mnie black metal pozostaje nadal formą wyrazu ekstremalnej emocji i mrocznej duchowości, choć sam podchodzę do niego dziś z bardziej refleksyjną perspektywą.

Jeśli chodzi o okres, kiedy byłem jednym z „wrogów podziemia” – to były głównie akcje symboliczne, wpisy na flejersach i różnego rodzaju kontrowersje w środowisku. Spotkania z osobami, które kiedyś krytykowały Christ Agony, zdarzały się po latach, ale zawsze odbywały się w duchu wzajemnego szacunku i dorosłej rozmowy. Te działania nigdy nie wychodziły poza podziemne środowisko – były raczej elementem scenicznego folkloru niż rzeczywistym konfliktem.

O.: Przez dwa lata działałeś jako Union, pod szyldem którego wydałeś krążek „Christ Agony” – możesz przybliżyć te okoliczności? Skąd taka, na szczęście krótkotrwała decyzja o zmianie nazwy?

C.: Zmiana nazwy na Union w latach 2005–2007 była wymuszona przez niekorzystny kontrakt z ówczesną wytwórnią czyli Metal Mind Production. Tomasz Dziubiński słynął ze swoich zawiłych krętych kontraktów 🙂 Nie było innej możliwości formalnej – aby wydawnictwo mogło ujrzeć światło dzienne, trzeba było zmienić nazwę zespołu. Ale trzeba pamiętać, że taka była epoka i takie były realia. Dziś każdy patrzy na to już z większą świadomością i doświadczeniem.

Mimo tej chwilowej zmiany, duch Christ Agony w pełni pozostał w muzyce, kompozycjach i podejściu do tworzenia. Union był więc tylko krótkim epizodem w historii zespołu, ale każdy, kto wsłuchuje się w tamten album, bez problemu odnajduje charakterystyczne brzmienie i atmosferę Christ Agony.

O.: Khorumi – projekt, w którym udzielasz się lub udzielałeś z DQ oraz jeszcze jedną, totalnie mi nieznaną osobą. Muzyka, którą słyszymy na „Demonicon” zdecydowanie różni się od Christ Agony, choć pewne punkty styczne są moim zdaniem słyszalne. Kto wyszedł z pomysłem założenia tego tworu, no i czy on nadal jest aktywny, zważając na problemy DQ ze zdrowiem i Twój powrót z Christ Agony? No i zagadując o poboczne projekty – nie mogę pominąć zespołu Whispers. W 1996 roku wydaliście „Passions”. Pamiętasz, jakie mieliście wówczas przyjęcie? O ile kojarzę, scena niekoniecznie padła na kolana przed tym projektem? Jak długo działaliście jako Whispers no i przede wszystkim, jaka była geneza tego zespołu?

C.: Projekt Khorumi wyszedł z mojej inicjatywy. Formalnie nagraliśmy tylko jeden materiał, który w całości zrealizowałem i zmiksowałem w swoim domowym studio nagraniowym. DQ dołączył do projektu i nagrał perkusję na wspomniane wydawnictwo. W tym samym okresie, mieszkając w Zabrzu, poznałem Marcina, który nagrał wszystkie partie wokalne. Muzykę skomponowałem ja, wspólnie aranżując ją pod partie wokalne, a autorem tekstów był mój przyjaciel, poeta Dariusz Pado. Wszystko co było związane z Khorumi zakończyło się w momencie gdy musiałem powrócić do rodzinnego miasta Morąga, aby zaopiekować się ojcem, który po trzecim udarze wymagał całodobowej opieki.

Obecnie Khorumi nie jest aktywne – wszystko to co się wydarzyło stanowi o tym, że projekt funkcjonuje raczej w formie pojedynczego wydawnictwa i wspomnień niż stałej działalności.

Jeśli chodzi o Whispers – zespół powstał w 1996 roku jako eksperymentalna forma, w której mogliśmy testować nowe pomysły muzyczne. Album „Passions” był przyjęty raczej spokojnie, scena rzeczywiście nie padła na kolana, ale projekt miał swoje znaczenie jako przestrzeń do poszukiwań i nauki. Whispers działało przez krótki okres, będąc dla nas doświadczeniem, które pozwoliło później lepiej zrozumieć własną drogę twórczą i rozwijać się dalej. W lekko zmienionym składzie Whispers po latach dało początek Topielicy.

O.: Faustus to Twoje nowe dziecko. Co trochę mnie dziwi – odstęp między „Act I” i „Anthems” nie jest duży. Pracowałeś nad obiema płytami równocześnie? Ciekawi mnie jak przebiegał podział, co było czynnikiem, że te dźwięki szły na konto Faustus, a te na konto Christ Agony?

C.: FaustuS rzeczywiście jest moim „nowym dzieckiem”, ale też projektem bardzo osobistym – zupełnie innym w swoim założeniu niż Christ Agony. I choć faktycznie odstęp między „Act I” a „Anthems” wydaje się niewielki, to te dwa światy powstawały w zupełnie różnych przestrzeniach emocjonalnych i twórczych.

„Anthems” dojrzewało przez lata. To był proces rozciągnięty w czasie, przerywany, pełen zwrotów życiowych i momentów milczenia. Ta muzyka pochodzi z głębszej historii Christ Agony – z mroku, duchowości i monumentalnej, rytualnej energii.

FaustuS natomiast narodził się nagle, jako impuls. To rezultat samotności, melancholii, zupełnie innego stanu ducha. To projekt, w którym dosłownie zrobiłem wszystko sam – kompozycje, nagrania, produkcję. Taki intymny dialog z samym sobą, bez ciężaru legendy i oczekiwań związanych z Christ Agony.

Czy pracowałem nad tym równolegle? W pewnym sensie tak, ale to nigdy nie była sytuacja, w której musiałem decydować: „ten riff dla Christ Agony, ten dla FaustuS”. To było bardzo naturalne. Już po pierwszych dźwiękach czułem, gdzie należy dane brzmienie. Jeśli muzyka niosła ten charakterystyczny dla Christ Agony majestat, patos, ciemny rytuał – trafiała na konto Christ Agony.

Jeśli była bardziej emocjonalna, osobista, surowa, pełna melancholii – wiedziałem, że to FaustuS. Zapewne wytrawni znawcy mojego stylu grania na gitarze, budowania nastroju i klimatu od razu rozpoznają moją rękę w obu przypadkach. Ja natomiast nie mam czego się wstydzić, gdyż do wszystkiego doszedłem sam, czy to w graniu na gitarze czy w produkowaniu muzyki. Jedynym moim ograniczeniem w obu tych przypadkach może być wyobraźnia- ale na szczęście Jej mi nie brakuje…

Reasumując można powiedzieć, że: Christ Agony to mój głos jako lidera pewnej idei, a FaustuS to mój głos jako człowieka.

Dwa różne lustra, dwie różne prawdy. I obie były mi w tamtym momencie potrzebne.

O.. Christ Agony jakoś nigdy nie miało szczęścia do podbijania tak zwanej zagranicy. Oczywiście, graliście trasy i tak dalej, natomiast sama nazwa – przynajmniej takie odnoszę wrażenie – nie jest jakoś wybitnie kojarzona poza Polską. Zgodzisz się ze mną? Jeśli tak – potrafiłbyś wskazać na jakieś czynniki, które miały na to wpływ?

C.: Tak, częściowo zgadzam się z tym stwierdzeniem. Christ Agony miało okazję zagrać trasy koncertowe w Europie, jednak nigdy nie osiągnęliśmy takiej rozpoznawalności zagranicznej jak niektóre inne polskie zespoły. Wpływ na to miało kilka czynników: po pierwsze, działalność Christ Agony była zawsze mocno niezależna i samodzielna, co ograniczało nasze możliwości promocji na rynkach zagranicznych. Po drugie, w niektórych okresach zmiany składu i problemy organizacyjne utrudniały ciągłość działań międzynarodowych.

Nie można też zapominać o specyfice sceny – black metal jest w wielu krajach bardzo hermetyczny, a przebicie się do szerszej publiczności wymagało czasem większych środków i kontaktów, których w pełni nie mieliśmy. Mimo to cieszy mnie, że po latach nasza muzyka jest coraz częściej odkrywana poza Polską i doceniana przez zagranicznych fanów.

O.: Trzydzieści pięć lat na scenie – spora część dzisiejszych słuchaczy Christ Agony jest młodsza od Twojego zespołu. Jak widzisz scenę black metalową czy szerzej – metalową w Polsce przez te wszystkie lata. Czy zmiany, które zaszły w ogólnym rozrachunku traktujesz jako zmiany na plus czy na minus?

C.: Patrząc na polską scenę black metalową i metalową w ciągu ostatnich trzydziestu pięciu lat, widzę ogromną ewolucję. Z jednej strony pojawiło się wiele świetnych zespołów i twórców, scena stała się bardziej zróżnicowana i profesjonalna, co jest zdecydowanie pozytywne. Z drugiej strony, zmienił się charakter działalności – dziś w wielu wypadkach nacisk kładzie się na szybkie osiągnięcie rozgłosu, social media i marketing, co czasem odbija się na autentyczności i kreatywności.

Ogólnie jednak zmiany traktuję raczej jako plus – scena jest żywa, otwarta na nowe brzmienia i technologie, a młode pokolenia potrafią łączyć ekstremalność z pomysłowością i odwagą w wyrażaniu siebie. To daje nadzieję, że black metal w Polsce wciąż będzie rozwijał się w sposób ciekawy i nieprzewidywalny.

O.: Dobrze, powoli kończymy więc ten długi wywiad, liczę że nie zanudziłem Cię pytaniami, no ale Christ Agony jest zespołem o którym można rozmawiać godzinami – to chyba dobrze, co? Na koniec powiedz proszę, jaki album Cezar kupił sobie ostatnio?

C.: Absolutnie mnie nie zanudziłeś – przeciwnie. Po tylu latach ciszy to dla mnie ogromna wartość, że wciąż jest o czym rozmawiać i że Christ Agony budzi emocje. Jeśli o zespole można dyskutować godzinami, to znaczy, że żyje – a to jest dla mnie najważniejsze.

A co do albumu, który kupiłem ostatnio – „The Serpent & The Sphere” Agalloch. Wracam do niego co jakiś czas, ale tym razem stwierdziłem, że chcę mieć fizyczne wydanie na półce. Lubię tę płytę za przestrzeń, melancholię i duchowy ciężar bez patosu. To nie jest black metal w klasycznym sensie, ale ma w sobie prawdę, którą cenię bardziej niż gatunkowe szuflady.

Muzyka, która zostawia ślad – taka zawsze będzie dla mnie warta zakupu.

https://www.facebook.com/ChristAgony

https://www.facebook.com/Deformeathing

Oracle
19317 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.Wywiady

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.

BartBart7 września 2026
Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”Wywiady

Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”

WojtuśWojtuś31 sierpnia 2026
Teufelsberg: „…uszanowanie Diabła jest kluczowe w tej muzyce.”Wywiady

Teufelsberg: „…uszanowanie Diabła jest kluczowe w tej muzyce.”

OracleOracle22 czerwca 2026

Skomentuj