Wydawca: Black Death Production
Przyznaję, że pod względem muzycznym doznaję ostatnio wiele przyjemnych niespodzianek. Jedną z nich okazała się właśnie być szwedzka Werendia. Za nazwą tą kryje się jednoosobowy projekt niejakiego A. Virdeusa, którego możecie kojarzyć choćby z Forest Shrine. Muszę wyznać, że okładki zmyliły mnie całkowicie, bo spodziewałem się jakiegoś miażdżącego blacku uderzającego mocno w patos. „Otóż nie tym razem”, jak mawia Tadeusz Sznuk. Werendia zabiera nas w świat dungeon synthu zmieszanego z atmospheric black metalem. Jakkolwiek kuriozalnie, by nie brzmiało to określenie gatunku, to jest ono nadzwyczaj trafne, i wiecie co? Zajebiste to jest. Najbliższym skojarzeniem jest Lustre, co powinno Wam mniej więcej nakreślić z czym to się je. Ponieważ dostałem od Wydawcy od razu trzy pełniaki, to postanowiłem zrobić recenzję zbiorczą, a to dlatego, że w składają się one w spójną całość muzyczną. Po odpaleniu dostajemy przyjemne plumkanie klawiszy, gdzie riffy oraz skrzeczący wokal robią za tło, a co zaskakująco przyjemnie trafia w uszy. Słuchacz zaś wybiera się w podróż. Tak, wiem, zaraz ktoś sarknie, że co ja pierdolę, ale to najlepsze określenie obcowania z tą muzyką. Werendia zabiera nas w niespieszną wędrówkę pozwalając się zatopić przyjemnych dźwiękach i wykreowanej atmosferze samotnego obcowania z przyrodą. Debiut, „Werendia” z 2020 r. jest wędrówką przez zimę, gdzie podążamy przez pokryte śniegiem pola i lasy, a wokół nas delikatnie prószy śnieg. „Folkvandringen”, również z 2020 r. z kolei jest wyprawą w góry. Jest chłodny, pochmurny dzień, tu i ówdzie przewalają się po zboczach tumany mgieł, a my chłonąc ostre, przesycone zapachem lasu powietrze, zanurzamy się w ocean zieleni. Ostatnie „Urheimat” z 2021 r., to z kolei rejs po oceanie, gdzie miotani falami mkniemy pod zachmurzonym nieboskłonem i czując w nozdrzach przyjemny, morski zapach. Poezja.
Mam trochę zagwozdkę, gdyż nie jest to ani odkrywcze, ani nie wywraca świata do góry nogami, ale za to przynosi przyjemne uczucie spokoju oraz wyciszenia. Istotnie jest także, że ani razu nie czułem przesytu, czy zażenowania tandetną melodycznością. Każdy element ułożony jest w doskonale pasujący do siebie sposób, dzięki czemu obcowanie z Werendią żadną miarą nie jest straconym czasem. Polecam zakupienie wszystkich trzech pełniaków, jeśli lubicie od czasu do czasu zwolnić na chwilę i zipnąć od deptania chrześcijańskiej zarazy. Będziecie ukontentowani.
Ocenę wystawiam łączną, ale osobiście najchętniej wracałem do „Folkvandringen”, właśnie poprzez poczucie wyprawy pomiędzy szczyty: 7/10
I dla zachęty wlatuje właśnie „Folkvandringen”!




