Wydawca: Pagan Records
Pamiętam, że jak recenzowałem demo Wekeras, to dałem im spory kredyt zaufania. Czuć w tej muzyce było potencjał, a i wokal JRMR się wtedy rozwijał. I proszę. Po dwóch latach przyszło nam ię mierzyć z pierwszym pełniakiem, ja mogę pokiwać głową z ukontentowaniem.
Samo Wekeras, to szwedzki, świeży twór, ale tworzące go persony, to zaprawione w bojach wyjadacze. O ile odpowiadającej za wokale JRMR przedstawiać nie muszę, o tyle resztę składu można kojarzyć z takich hordes, jak Carbonzier, czy Archaic Behest.
I to słychać, już od pierwszych dźwięków. „Do Wirów, do krzyków” (pewnie chodzi o tę dzielnicy Wrocławia) jest płytą przemyślaną, dojrzałą i naprawdę dopieszczoną. Już od pierwszego kawałka spada na słuchacza deszcz razów, który nasuwa na myśl Bathory, niektóre dokonania Darkthrone, a momentami wczesne Celtic Frost. Jest szybko, jest energicznie i z pazurem. Co jednak ciekawe, nie jest też żadną miarą monotonnie. Kawałki biegną szalonym tempem, by nagle nieco zwolnić, zarzucić jakąś bardziej melodyjną wstawką, by znów powrócić do harców, a wszystko to w odpowiednio surowym brzmieniu, które jawi się, jako żywy list miłosny do klasyków drugiej fali black metalu. Tak mi graj, piękny Cyg… znaczy Szwedzie! Na pochwałę (cienia) zasługuje każdy, ale to każdy, z elementów składowych: kapitalne partie perkusji, świetnie brzmiący basik nadający swoistej tłustości oraz dziarskie riffy. Piękna arcychłosta sypie się na plecki z gryfów. O wokalu JRMR wspomnę, chyba tylko z redaktorskiego obowiązku, bo dziewczyna ma tyle cukru ze wszystkich stron, czy to dzięki Truciźnie, czy teraz gościnnie w przedokurwionej Paralyi, że pewnie jej już niedobrze. Ale tak, jest świetnie. Postęp od demówki jest potężny, niczym biceps Trenera Pawła, tak, że teraz dziewczyna samym swoim głosem podnosi poprzeczkę o kolejny poziom. Krzyczy, wyje, skrzeczy, niczym opętana na sabacie niewiasta. Najlepszym przykładem, który idealnie odda piękno tej płyty jest kawałek „Zatracenie”. Zaczyna się dziarską, niemal metalpunkową łupanką, by w trakcie przejść świetny motyw muzyczny, który dosłownie tańczy na uszach wirując niczym w oberku (około 25:40 na płycie). Całość rzecz jasna okraszona basikiem i szaloną perkusją oraz wokalem. Najlepsza rzecz na tym albumie, UH!
Wspomnę również o warstwie tekstowej. Nie znalazłem nigdzie info, by to były dzieła jakiegoś wieszcza, więc zakładam, że to twórczość JRMR i muszę pochwalić, że zdaje to egzamin. Nie ma tu cienia żenady, tylko solidina dawka swojskiego folku, pod którą czai się diabeł, niczym w ludowych podaniach. Bardzo ładnie i świetnie pasuje pod tego typu granie.
In plus zaliczam również bardzo ładne wydanie. W jewelu, jak Pan Nadredaktor powiedział, z elegancką książeczką na przyjemnym w dotyku papierze z eleganckimi grafikami.
„Do Wirów, do krzyków” ma tylko jeden problem. A mianowicie jest nim sama JRMR,konkretniej to, że udziela się ona w Truciźnie, która do tego w tym roku dokurwiła okrutnym sztosem, w efekcie czego spora część maniaków może oczekiwać czegoś podobnego, a tymczasem Wekeras jest hołdem dla klasyków drugiej fali, jak wspomniałem, co w konsekwencji może odrzucić niektórych. Niesłusznie jednakże, bo tej płycie można i trzeba dać szansę.
Pierwszy pełniak Wekeras naprawdę mnie kupił. Mimo początkowych zgrzytów, gdy wgryzłem się w nią, to płyta potężnie zyskuje z przyjemnością porywając do szalonych wirów oraz zachęcając do krzyków. Kupujcie. Warto.




