Wydawca: Odium Records
Black Altar jakoś nadwyraz się nie przemęcza, pyknie sobie raz na dwa lata splita i wsio. Tym razem współpratnerami zbrodni są kultowcy z Vulture Lord.
Ale zacznijmy od strony Shadowa. Black Altar zamieścił tu cztery tytuły, z czego dwa to intro i outro, a dwa to utwory właściwe. Jako że nie jestem fanem intr w tym stylu, jakie słyszymy na części Polaków, to je po prostu pominę – nie lubę i tyle. A po intro wjeżdżają już dwa numery właściwe. Każdy kto słyszał wydawnictwa Black Altar tak sprzed kilku ostatnich lat raczej nie powinien być zdziwiony. Komu się one podobały – będzie zadowolony. Komu się nie podobały, temu i teraz raczej nie polecę tego wydwnictwa, a w każdym razie części sygnowanej logowką Dariusza. Przez te kilkanaście minut dostajemy ni mniej ni więcej dobry black metal, agresywny, ale z pewną nutą wzniosłości. Z tych dwóch kawałków bardziej podoba mi się „Sacrilegious Congregation”, szczególnie ten fragment z silnym groovem (jak posłuchacie, będziecie wiedzieli o który mi się rozchodzi). Fajne granie, ale nie ukrywam też, że styl jaki w black metalu preferuje Vulture Lord jest mi bliższy w porównaniu do twórczości Black Altar. Vulture Lord gra szybciej, więcej u nich wściekłości i agresji – po prostu bardziej leży mi takie właśnie granie. Czysta pierdolona norweska black metalowa nienawiść. Przy „Domionios of Death” czy „Hank! The Hymns of War” łeb sam kurwa napierdala. Ponoć w internecie istnieje jakiś dziwny czelendż „try not to headbang” przy muzyce, przy której aż by się chciało machać łbem. No to sądzę, że przy Vulture Lord bym go przegrał. W chuj się cieszę że wrócili i że mogę nakurwiać sobie ten ich black metalowy wpierdol.
Generalnie – ja Wam ten split polecam. Jak ktoś stawia w black metalu na atmosferę – powinno mu przypaść do gustu granie Black Altar. Jak chce nakurwiać pięściami dla Szatana – zdecydowanie Vulture Lord.
Ocena: 7/10 i 9/10
Tracklist:




