Skip to main content

Wydanie własne

Jezu, coś słodki, jak bimberek wafelkowy od kol. Nadredaktora polewany na Black Silesii był, jak mi brakowało takiego chamskiego, prymitywnego grania. Dokładnie takiego, jakie serwuje rumuński Vömitt.

To nie jest muzyka do głębokich refleksji nad życiem podczas srania, czy kontemplacji przyrody w górach, ale zapierdalania, ile fabryka dała, po szosie, by po dotarciu na miejsce wyłoić kratę browarów i wypalić paczkę fajek.

„Impale the Sultan” jest króciutkie, bo to jeno niewiele ponad trzynaście minut grania, ale to kolejny jego plus, bo w zalewie EPek, trwających kurwa tyle, ile pełniaki, czy niewiele krótszych demówek, taka długość jest przyjemnie odświeżająca oraz pasująca do tego typu muzyki. A tą, jak zapewne zdążyliście się domyślić, jest metalpunk podlany na gęsto speed metalem oraz rockowym sznytem, któremu najbliżej jest do Mötorhead, ale dorzucam do tego garnuszka jeszcze Terrorhammer, Speedwolf, a i mam wrażenie, że pewne riffy obiły mi się o uszka w debiucie Vanika, czy jednego z wyziewów kanadyjskiego Chainbreaker. I to słychać. W ramach ciekawostki, chłopy poruszają się w tematyce historycznej, co zresztą podkreślają w kawałku „Medieval Motorpunk”

Już otwierający „Hellenic Hellfire” wita dziarskimi riffami podlanymi takąż perkusją, a także przyjemnie słyszalną linia basu, który podbija ogólny „flow”. Przyznam, że z początku przeszkadzały mi trochę wokale, ale idzie się przyzwyczaić. Gardłowy swoim stylem przypomina Lemmy’ego/wokaliste Speedwolfa, który podczas nagrywek wypił o kilka butli za dużo i prawie się porzygał po wciągnięciu ścieżki. Fikuśnie. Dalej jest tylko weselej, a apogeum humoru następuje w „Varangian Axe”, który od początku do końca zapieprza na pełnym gazie, co robi mi wyjątkowo dobrze. Głowa sama się kiwa, a ja się łapię na nuceniu riffu w wolnej chwili.

Poza wspomnianym wcześniej wokalem nie mam tu do czego się przeczepić. Jakość dźwięku jest pyszna, a całość zdobi naprawdę przyjemna okładka. Na upartego mógłbym wskazać, że „Impale the Sultan” nie zaskakuje niczym nowym, bo to danie poskładane ze znanych i lubianych kąsków, ale w tym wypadku całość nie wali chamską zrzynką, ale ma własnego ducha i to cenię.

Vömitt przyjemnie zaskakuje. Krótko, konkretnie oraz dziarsko. Ode mnie lecą mocne wyrazy uznania. Widziałbym tych zuchów w Byczynie.

Bart
611 tekstów

Przemądrzały, gruby chuj. Miłośnik żarcia, alkoholu i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Skomentuj