Ostatnio na jednym z forów jeden gość raczył określić Verminous mianem przeciętnego zespołu z trzeciej ligi, czy jakoś tak. Po wielokrotnym przesłuchaniu „The Unholy Communion” stwierdzam, że takiej trzeciej ligi to ja mogę słuchać dzień i noc.
Szwedzi wypuścili bowiem krążek przepełniony wkurwionym death metalem, który w moje gusta i smaki wpisuje się idealnie. Muzyka nie jest na siłę oldschoolowa, bo wydaje mi się, że Verminous stawia przede wszystkim na totalną agresję i chwytliwość – tak, ten materiał jest całkowicie brutalny i agresywny, ale mimo wszystko jest chwytliwy. Z tym, że wiecie, nie tak po pedalsku, tylko po prostu łapie Was za krocze i mocno ściska… Choć to i tak zabrzmiało dwuznacznie. Nie ważne, mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Teraz na przykład leci „In The Name” – numer z genialnym feelingiem. Miarowo kroczący i rozpierdalający wszystko co napotyka. Słychać u Szwedów sporo inspiracji Deicide z wczesnych płyt, Sinister, Possessed – samej Szwecji w twórczości Verminous raczej niewiele, choć można i tej się doszukać. Kurwa, napierdalają chłopaki w każdym razie świetnie, „Old is the Shadow ov Death” właśnie leci, a się zastanawiam, ile tych pokładów nienawiści jeszcze w nich drzemie. A podejrzewam, że jeszcze niemało, bo po „The Unholy Communion” wypuścili jeszcze Epkę. Na uwagę zasługują jeszcze jadowite solówki, naprawdę dobre, wpisujące się wyśmienicie w całokształt muzyki Verminous. Słuchając ich muzyki, dusza sama krzyczy „Hail Satan!”, tak jak to się dzieje na zakończeniu tego albumu.
Death metalowi maniacy koniecznie muszą sprawić sobie ten album, ja sam gwarantuję, że dołożę wszelkich starań, by przyjąć tę nieświętą komunię pod swoje strzechy. Hail Satan!
Ocena: 9/10
Tracklist:






Ten jegomość dość często pierniczy podobne głupoty na MF