Wydawca: Battlegod Productions
Czasami jest tak, że człowiekowi się po prostu nie chce. W dupie ma pisanie wydumanych , błyskotliwych parareli wiążących płytę z najmniej spodziewanym muzycznym gatunkiem. I na szczęście, kiedy człowieka dopada taka dźwiękowa depresja, przychodzą takie płyty w których wszystko od początku od ostatniej nutki jest jasne, przejrzyste i wiadomo czego się spodziewać.
Tyrant Wrath na swoim debiutanckim albumie czerpie garściami z bogatej przeszłości (chociaż w niektórych przypadkach wcale nie dalekiej) czarciego metalu z rejonów Skandynawii z naciskiem na Norwegię i Szwecję. Trochę tu Marduka (tak z „Room 5:12”), znacznie więcej Satyricona z „Now, Diabolical”. Jak się uprzecie wynajdziecie podobieństwa do innych tuzów i nie będzie to wcale dziwne, bo „Torture Deathcult” to jeden z tych krążków, w przypadku których od samego początku macie wrażenie w stylu „ja to kurwa już gdzieś kiedyś słyszałem”. Na omastę Tyrant Wrath postanowili dorzucić nieco śmierć metalu, co w zasadzie dziwić nie powinno, wszak spoiwem zespołu jest J. Olofsson, znany pewnie co poniektórych z innych bandów, chociażby szwedzkiego Sorcery, co to się 2 lata temu zreaktywował. I to w zasadzie wszystko co można napisać o muzyce Tyrant Wrath. Zagrane to jest wszystko zgrzebnie i pięknie. Trochę mi czasem brakuje pazura, ale za to nadrabiają riffami, które co prawda… gdzieś już słyszałem, ale zawsze to coś. Całej płyty i tak pewnie nie będę pamiętał za 2 tygodnie, ale nie przeszkadza mi to w stwierdzeniu, że ci którzy zaczynają dopiero przygodę ze Szatanem, a przy okazji chcą poderwać koleżankę na muzykę, bez zwątpienia powinni się zaopatrzyć w ten krążek, oraz dowolną płytę Barrego White’a. Tym pierwszym pokażecie jacy jesteście twardzi, a Love Rooster zmiękczy każdą, nawet mroczną – niewidoczną, laskę.
Nic więcej na temat tej płyty nie wystrugam, bo i w zasadzie nie ma takiej potrzeby. Decyzja o zakupie należy do Was.
Ocena: 6/10
Tracklist:




