Wydawca: W necie sobie poklikaj
Grzebiąc w bandcampowym „śmietniku”, człowiek wyłowi czasem smaczny rodzynek. Tym razem udało mi się złowić pochodzący z San Francisco – Togg. Chociaż okładka z zasuszonym szczurem raczej wskazywałaby, że jest to metal z jakiegoś Peru albo innej Kolumbii.
Skład nieznany, pełniak tylko do odsłuchu w necie, zero social mediów i zapowiedzi. Czy może być coś bardziej cudownego? Debiut zatytułowany nazwą kapeli – Togg – to niecałe 23 minuty prymitywnego i rozstrojonego black punku ku chwale uschniętej maskotki z wyżej wspomnianej już okładki.
Gitary bardzo przyjemnie drapią i nie dają pozostać obojętnym, bo pomimo całej tej prostoty prowokują do aktywności fizycznej, tudzież bujania nóżką. A schodząc coraz bardziej w głąb albumu, robi nam się większa surówka. Jeśli miałbym wskazywać na „bangery”, które mogłyby przyciągnąć Was do tego albumu, wskazałbym ósmy kawałek (który pozwolę sobie niżej wkleić) – „Stillborn Effigy” z zajebistym przewodnim riffem.
Jak na hordę znikąd – jestem zachwycony. Czasem najprostsze rzeczy potrafią ucieszyć. I tak jest tutaj. Życzę Togg wydania fizycznego i kolejnych wydawnictw utrzymanych w podobnym tonie. Primitive black metal ponad wszystko!




