Wjechało mi coś takiego jak crossoverowy The Slime. Jakoś tak pomyślałem, że dawno nie słyszałem dobrego crossovera. Odsłuchałem i cóż – nadal dawno nie słyszałem dobrego crossovera.
„Crabwalk to Oblivion” to jedenaście strzałów, krótkich, energetycznych, ale zarazem w ogóle nie przykuwających uwagi. Kanadyjczycy mocno przesuwają środek ciężkości na hard core’a, na przykład poprzez barwę wokali. Strasznie mnie wkurwiają. Jakby gość miał anginę czy ki chuj. Minutowe eksplozje hałasu również mnie nie przekonują. Wydaje mi się, że z jednej strony patrząc – za mało to wszystko hard core’owe. Z drugiej – za mało crossoverowe. Mimo bezsprzecznej energii, ten krążek wydaje mi się dość jałowy. A uwierzcie mi, przesłuchałem go wiele razy, choćby z uwagi na krótki czas trwania – kwadrans to ja zawsze znajdę.
Oczywiście nie jest tragiczny, bowiem wówczas gdy The Slime jasno wybiera kierunek (na przykład klasyczny hard core w „Nude” i „Russian Roulette” czy totalny crossover w „Orange”) wypadają całkiem fajnie. Jakby każdy numer taki był – podobałoby mi się zdecydowanie bardziej.
Natomiast okładka jest tragiczna. Przecież ten sam pomysł dałoby się przedstawić zdecydowanie ciekawiej – a tak wyszło, jak poster z chujowej gry na peceta z lat dziewięćdziesiątych. Choć czekaj, zaraz… Może taki był zamysł?
No dobra, po pierwsze, podejrzewam, że w Polsce nikt by się w ogóle The Slime nie zainteresował, nie ważne czy bym się zachwycał czy jebał jak burą sukę. Po tej recenzji sytuacja chyba się nie zmieni. Więc cóż, mój trud poszedł na marne, ale The Slime również. Krążek jest to więc przeciętny i po przeczytaniu tych kilku akapitów możecie wymazać go z pamięci.
https://www.facebook.com/theslimehardcore





