Wydawca: Over the Under Records
Nie mam zbyt rozległego aparatu pojęciowego, aby zgodnie, z kanonem i z budowaniem wielopoziomowych odniesień, opisywać Death metal. Nigdy nie był to mój gatunek. Znam sobie co mam znać. Prawdopodobnie przez świadome muzyczne życie dane mi było słyszeć sporo materiałów w tym genre. Nie wywołały jednak we mnie żadnych uniesień. Ot, ktoś znajomy puścił, albo na koncert się zaplątałem.
A już granie w specyfikacji jaką prezentuje Terrorpy w ogóle mnie nigdy nie siedziało. Kojarzyło mi się z masową produkcją materiałów, gdzie death w szybkich tempach mieszany jest z grindem plus obowiązkowo wybijający się bas. Dodatkowo okładki z trupami, zapaćkana czerwonym, że krew, śmierć, trupi seks itd. Reasumując, drugi krążek wydany przez Terrorpy, a pierwszy, jaki mam okazję recenzować, powinien mnie zaziewać.
Ale tak nie jest. Bo to w sumie całkiem przyjemne w odbiorze techniczne brutal detah metalowe granie. I tak, nawet na mój wątły stan wiedzy, słyszę, że ramy gatunku są nienaruszone. Wszystko na swoim miejscu, tak jak już kiedyś zostało nagrane. Brzmienie jest takie, jakie być powinno. O bassie wspomniałem? Tak. Całość zamyka się w 34 minutach i 25 sekundach. Idealna długość, żeby utrzymać moje zainteresowanie i nie wywołać znużenia. I jak mówię zespołów poruszających się obecnie w brutal death metalu trochę jest. Uważam, że bardziej wsobnym gatunkiem od tego grania, jest tylko grind. Natomiast, jeśli jesteście fanami trupiego oddechu, to jak najbardziej polecam. Pewnie wyciągnięcie z tego materiału więcej niż ja. Choć i mi z parę razy nóżka rozgniotła gnijące głowy moich wrogów.
Ocena: 7/10




