Wydawca: Me Saco Un Ojo Records
Okazuje się, że zespołów o nazwie Teratoma jest cztery, wszystkie grają death metal, a ja trafiłem na tę z Niemiec. I nie wiem, jak tamte wypadają, natomiast to co słyszę na drugim albumie aż się prosi o zrecenzowanie, byście i wy o tym zespole się dowiedzieli.
No chyba, że już ich znacie to przepraszam. Berlińczycy zatytułowali swój najnowszy wyrzyg „Longing Voracity”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „tęsknotę za żarłocznością”. I faktycznie – żre to aż miło. Teratoma opiera się o starą szkołę zmiksowaną z bardziej gruzowatym podejściem, a proporcje to tak różnie, w zależności od momentu. Generalnie – wpisują się w szereg grup w stylu Tomb Mold, Funebrarum, Incantation i im podobne. Ale moim zdaniem wybijają się również ponad przeciętną – nie słyszałem pierwszej płyty i nie wiem, czy oni tak od zawsze, czy to na „Longing Voracity” tak rozwinęli skrzydła. W każdym razie gdy wałkuję ten album, to czuję się trochę, jakby to on wałkował mnie. Ciężar tej muzyki jest naprawdę duży, a odczucie to potęguje jeszcze głęboki, niski growl Daniego. Grupa raczej nie wykracza poza średnie tempo, stawia na nieco wolniejszy proces eksterminacji słuchacza masywnymi riffami. Jedynym zgrzytem dla mnie jest numer „Interim”, będący czymś w rodzaju pauzy – jak wjeżdża tam fujarka to mam wiecznie przed oczami jakichś potomków Majów na deptaku. Szczęśliwie trwa to tylko chwilę i już po nim wtacza się potwór w postaci kolejnego death metalowego numeru. I tak mamy w zasadzie przez czterdzieści kilka minut.
Co jeszcze powinienem nadmienić – brzmienie „Longing Voracity” jest fantastyczne, nie jest na siłę zagruzowane, a to obecnie nie zawsze jest takie oczywiste. Więc za to mają kolejny plusik.
I tych plusików im się zbiera sporo – powiem Wam, że to naprawdę dobry album. Bardzo dobry. Im więcej go słucham, tym bardziej się o tym przekonuję. Z tego miejsca pragnę więc Wam go polecić, bo szkoda byłoby gdyby Wam ta niemiecka Teratoma umknęła.

Me Saco Un Ojo Records




