Nie będę owijał w bawełnę, uwielbiam muzykę, którą tworzy Malte. Nie ważne, czy było to pod szyldem Necros Christos, czy teraz jako Sijjin. Niedawno ukazał się pełnowymiarowy krążek tych ostatnich, który przemaglowałem na dziesiątą stronę i jeśli jeszcze nie daliście mu szansy – zdecydowanie polecam. To, a także fakt że zespół za niedługo znów zawita do Polski na dwa koncerty, zadecydowało o tym, iż postanowiłem odpytać Maltego w ramach wywiadu. Wszystko poszło mega sprawnie, tak więc poniżej macie zapis konwersacji z tym niesłychanie rzeczowym i konkretnym człowiekiem.
Oracle: Hailz Mighty Sijjin! Na początek – chciałbym pogratulować tak świetnego albumu jak “Helljjin Combat”. Dla mnie to zdecydowanie wasz najlepszy materiał do tej pory. I jak widzę, nie jestem jedyny, który tak uważa, bo nie spotkałem się z żadną negatywną recenzją. Pewnie jesteście zadowoleni, prawda?
Malte: Zdecydowanie jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak wyszedł ten album. Nagraliśmy nowy materiał na żywo, co było trudnym zadaniem, ponieważ jest znacznie bardziej złożony, ale – moim zdaniem – udało się nam zarejestrować naprawdę dobre wersje. Tak naprawdę czytałem wiele przeciętnych, a nawet złych recenzji “Helljjin Combat”, ale tak już jest. Nie da się zadowolić wszystkich i szczerze mówiąc, to ostatnia rzecz, którą chcielibyśmy robić.
O.: To ja widziałem jedynie pozytywne… Zajęło wam cztery lata, by wydać “Helljjin Combat”. Myślę, że odległość między wami nie pomagała – mam rację? Czy trudno jest pisać utwory i ćwiczyć, gdy mieszka się w dwóch różnych krajach? Z drugiej strony – dziś 2000 kilometrów to już nie taki wielki problem, jeśli ma się możliwości.
M.: Oczywiście, że dystans między naszą trójką bywa kłopotliwy, ale znaleźliśmy dobrą metodę pracy i planowania logistyki. Chciałbym móc regularnie ćwiczyć z chłopakami, ale każdy z nas dobrze wie, jak radzić sobie z tą sytuacją. Gdy piszemy nowe utwory, zawsze nagrywam podstawową strukturę kawałka dla reszty, każdy uczy się riffów, a kiedy się spotykamy – skupiamy się na aranżacji. Gdy ruszamy w trasę, każdy musi być w formie, a pierwszy koncert służy zwykle również jako pierwsza próba.
O.: Nie wiem, co Ty o tym sądzisz, ale według mnie nowy album to wasz najbardziej thrashmetalowy materiał… Zarówno EP-ka, jak i pierwszy album miały więcej wpływów death metalu, podczas gdy “Helljjin Combat” jest pełen riffów w stylu Dark Angel, wczesnej Metalliki, Possessed czy oczywiście starego Slayera… Zgadzasz się ze mną?
M.: Tak, absolutnie. Nowy materiał to w dużo większym stopniu thrash z lat osiemdziesiątych. Gdybym miał wskazać moje główne inspiracje przy “Helljjin Combat”, byłyby to: Infernäl Mäjesty, Nasty Savage, Possessed, Slayer, Megadeth i Metallica.

O.: Skoro mówimy o różnicach, to teraz odwrotnie – jaki jest, Twoim zdaniem, główny wspólny element wszystkich waszych wydawnictw?
M.: Myślę, że mamy pewną aurę, specyficzną atmosferę, która jest wspólna dla wszystkich utworów i wydawnictw Sijjin. Ivan to niesamowity perkusista o zupełnie unikalnym stylu – uderza mocno do szpiku kości. Energia, jaka bije z jego gry, jest oszałamiająca. Precyzyjny, a zarazem bezlitosny rytmiczny atak Ekaitza nie mógłby być bardziej brutalny, a jego solówki są nie z tego świata. Mam przy sobie dwóch geniuszy, którzy oddychają i krwawią dla Metalu dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.
O.: Słuchając waszych tekstów (przynajmniej niektórych), mam wrażenie, że według was religia jest źródłem wszelkiego zła, co jest paradoksem, bo każda religia twierdzi, że jest jedyną drogą do najwyższego dobra i prawdy. A może widzisz jakieś wyjątki i jest jakaś religia, którą darzysz większym szacunkiem niż inne?
M.: Tak naprawdę nie widzę, nienawidzę wszelkiego rodzaju zorganizowanych religii i trafiłeś w sedno — według mnie są one źródłem wszelkiego zła, zaraz obok pieprzonej polityki. Religia to trucizna, która powoli zatruwa umysł. Daje ci poczucie, że jesteś kimś ważnym, wręcz wybranym przez jakąś wyższą siłę, ale w rzeczywistości jesteś tylko małym trybikiem w wielkim systemie zniewolenia. Słuchaj, podążaj, wierz, dogmaty, władza, pieniądze, chciwość. Pierdol swoją religię, pierdol swojego boga!
O.:Drugim głównym tematem tekstów jest horror, śmierć itd. Czy uważasz się za fana horroru — kogoś, kto bardziej niż inne gatunki literatury czy kina, ceni książki i filmy grozy?
M.: Lubię wiele różnych rodzajów literatury i filmów, ale rzeczywiście jestem oddanym maniakiem klasycznych filmów okultystycznych i horrorów. Dwie książki, które miały ogromne znaczenie przy tworzeniu „Helljjin Combat”, to „Dziecko Rosemary” Iry Levina i „Klub Dumas” Arturo Péreza-Reverte — jedna z najbardziej fascynujących powieści, jakie kiedykolwiek czytałem. Stąd na przykład teksty do „Fear Not The Tormentor” i „Death Opens The Grave” — i wiesz, o co mi chodzi.
O.: Czy trudno było Ci założyć nowy zespół, jakim jest Sijjin, po tylu latach grania w tak szanowanej kapeli jak Necros Christos? Myślę, że to wymagało odwagi i świadomości własnej wartości, zwłaszcza że Sijjin gra dość inną muzykę…
M.: Nie, wcale nie było trudno. Od dnia, w którym Ivan, Ekaitz i ja postanowiliśmy założyć nowy zespół, połączyła nas wyjątkowa chemia, a utwory powstawały w sposób naturalny. To było wręcz pewnego rodzaju ulga — pisać to, co chcieliśmy. Każdy album Necros Christos był ogromną operą okultyzmu samą w sobie i wymagał wielu szczegółów i planowania. W Sijjin po prostu napierdalamy w instrumenty i granie na żywo to zawsze czysta przyjemność.
O.: Na pewno mieliście trochę łatwiej, bo jako muzycy byliście już znani, na przykład wytwórnia się nie zmieniła – ale zastanawiam się, czy rozważaliście jakieś inne opcje, kiedy zakładaliście Sijjin, czy od początku wiedzieliście, że Sepulchral Voice Records to wasz wybór?
M.: Thomas z Sepulchral Voice jest bardzo wybredny — jeśli czegoś nie lubi, to tego nie wydaje. Jest też brutalnie szczery, nawet będąc jednym z moich najbliższych przyjaciół, więc gdyby nie spodobał mu się Sijjin, powiedziałby mi to prosto w twarz. Na szczęście bardzo mu się spodobało, więc nie było wątpliwości, że zostaniemy przy SVR. To najlepsza możliwa wytwórnia — dom dla maniaków, tworzony przez maniaków. To, że łatwiej było nam podpisać kontrakt i stać się znanymi, to tylko połowa prawdy. Faktycznie, przeszłość w Necros Christos bardzo pomogła, ale warto pamiętać, że pracowaliśmy na ten status przez ponad dwie dekady. Gram w zespołach od 1990 roku, a metalu słucham od 1986. Więc jeśli ktoś reaguje zazdrośnie, to niech najpierw pomyśli, ile lat już to robię — wymieniając się kasetami, nawiązując kontakty, pisząc listy w czasach bez internetu, cały czas pracując nad swoimi umiejętnościami, zanim oni w ogóle usłyszeli swoją pierwszą płytę.
O.: Jak już wspomniano, między “Sumerian Promises” a “Helljjin Combat” minęły prawie cztery lata. Mam świadomość, że nie byliście leniwymi draniami — po prostu stworzenie takiego potwora jak “Helljjin Combat” musiało być bardzo czasochłonne, mam rację? Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas tworzenia tego albumu?
M.: Miałem dość trudny okres w życiu, gdy pisałem “Helljjin Combat”, i wiele rzeczy zmieniło się dla mnie osobiście. Nazwijmy to jakimś rodzajem kryzysu, ale te utwory pomogły mi na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Byłem naprawdę obsesyjnie zaangażowany w każdy riff, więc spędziłem niezliczone noce pracując nad materiałem. To może tłumaczyć, dlaczego nowe kawałki są bardziej szczegółowe, z wieloma zwrotami, zmianami i nieoczekiwanymi przejściami. Samo komponowanie nie było trudne, ale okoliczności nie sprzyjały – a może właśnie to pomogło stworzyć takiego potwora z tego albumu.
O.: Wasz drugi album został nagrany na żywo — czy to znaczy, że po prostu zebraliście się w jednym miejscu, w tym samym czasie, wcisnęliście „record” i zaczęliście grać? Jak to wyglądało i ile to trwało?
M.: Tak naprawdę każdy materiał Sijjin był nagrywany na żywo — demo, jak i oba albumy. Nagrywanie na żywo wcale nie jest łatwe — trzeba naprawdę znać swój materiał i przygotowania zajmują więcej czasu. Ale kiedy wszystko jest zorganizowane, to jest jedyny sposób, by uchwycić właściwego ducha – przynajmniej moim zdaniem. Zwykle nagrywamy podstawę utworu na żywo – czyli bębny, gitarę rytmiczną i bas – i zawsze staramy się grać całe utwory, bez cięć. Drugą gitarę rytmiczną, solówki i wokale dogrywamy później jako overduby. O ile dobrze pamiętam, nagranie “Helljjin Combat” zajęło dziesięć dni, z czego same nagrania „na żywo” – tylko trzy.
O.: “Helljjin Combat” to również pierwszy album z prawdziwą okładką, mam na myśli – z czymś więcej niż tylko waszym logo. Co możesz powiedzieć o obrazie, którego użyliście?
M.: Okładka przedstawia fragment dzieła G. Northwica zatytułowanego “Sąd Ostateczny”. Kiedyś natknąłem się na ten obraz w małej wiosce, w starej kaplicy nad Morzem Północnym, gdzie zwykłem spędzać wakacje z moimi dwoma synami, gdy byli młodsi. Sam obraz jest ogromny i bardzo tajemniczy — w internecie praktycznie nie ma żadnych informacji o Northwicu ani o jego życiu. Od chwili, gdy go zobaczyłem, chciałem go wykorzystać, ale zajęło mi to ponad 15 lat, zanim udało się to zrealizować.
O.: Od samego początku Sijjin to wy trzej, ale przez chwilę w zespole pojawił się również Arthur Mendiola, który dwa lata temu zajął się perkusją. Jak wyglądały okoliczności jego udziału w Sijjin?
O.: Arthur zastępował Ivana, gdy graliśmy koncerty w Chile i Chicago. Niestety, Ivan nie mógł wtedy wziąć udziału, więc poprosiliśmy Arthura – i wykonał niesamowitą robotę. Kocham Sadistic Intent – moim skromnym zdaniem to najlepszy istniejący zespół death metalowy na świecie. To był dla nas wielki zaszczyt, że mogliśmy z nimi grać trasę w 2022 roku.

O.: Wkrótce ruszacie w trasę z Mayhemic – zakładam, że jesteście podekscytowani, zwłaszcza że muzyka Sijjin świetnie sprawdza się na żywo, nie sądzisz? Niestety, nie byłem obecny na waszych ostatnich koncertach w Polsce, ale czekam z niecierpliwością na Warszawę albo Chorzów we wrześniu. Pamiętasz koncert w Krakowie dwa lata temu?
M.: Graliśmy w Krakowie? Jeśli masz na myśli trasę z Grave Miasma, to tak naprawdę nie – tam Krakowa nie było (chodziło o trasę z Sadistic Intent – przyp. Oracle). Ale koncerty w Polsce były zajebiste, jak zawsze. Uwielbiam polską scenę metalową i to, jak oddani są polscy maniacy. Widzimy się wkrótce – rozpalmy razem piekło!
O.: Trzynaste pytanie – czy jesteś przesądny? Albo ujmując to inaczej i nieco szerzej – czy uważasz, że jesteśmy całkowicie odpowiedzialni za nasze życie, czy istnieje coś takiego jak los, który determinuje pewne rzeczy niezależnie od tego, co byśmy zrobili?
M.: Myślę, że jedno i drugie. Podejmujemy działania i musimy mierzyć się z ich konsekwencjami, bez względu na to, czy są pozytywne, czy negatywne. Nie wierzę w przypadki — niektóre rzeczy, które się dzieją, po prostu musiały się wydarzyć. Ale to my wybieramy własną drogę i decydujemy, jakim życiem chcemy żyć. Oczywiście, jeśli ktoś urodził się w skrajnej biedzie albo był krzywdzony jako dziecko, to moje słowa są dość bezsensowne, bo potrzeba ogromnego wysiłku, by wyrwać się z takiego koszmaru – większość ludzi po prostu się poddaje. Metal zawsze oznaczał dla mnie braterstwo, kult, w którym każdy jest mile widziany – niezależnie skąd pochodzi czy jak bardzo jest „inny”. Stańmy razem przeciwko światu przeciętności i bądźmy dumni z tego, że jesteśmy inni.
O.: OK, możesz powiedzieć, jaki był pierwszy album, jaki kiedykolwiek kupiłeś? I jaka była ostatnia płyta, którą sobie sprawiłeś?
M.: Uh, już nie jestem do końca pewien, ale myślę, że pierwszym LP, który kupiłem samodzielnie, był “Powerslave”. To musiało być gdzieś w 1986 roku. Ostatniej płyty nie pamiętam, bo cały czas kupuję stare winyle.
O.: OK, dzięki za Twój czas – naprawdę to doceniam!
M.: Wielkie dzięki za wywiad – do zobaczenia wkrótce, stary. Zdrowie!




